czwartek, 31 grudnia 2009

Tajemnice mistrzów


Londyńska National Gallery prezentuje właśnie wystawę poświęconą siedemnastowiecznej hiszpańskiej sztuce sakralnej, charakteryzującej się olbrzymim realizmem przedstawień. Wśród prac takich mistrzów, jak Diego Velázquez czy Francisco de Zurbarán, znalazły się też słynne hiszpańskie malowane rzeźby. Odziani w złotogłów święci, wodzący za człowiekiem błyszczącymi oczyma, sprawiają niesamowite wrażenie życia zamkniętego w drewnie. Jeśli nawet nie wybieracie się do Londynu, to na zamku w Pieskowej Skale można się spotkać z takim właśnie św. Dominikiem. Gorąco polecam, nie tylko dlatego, że to akurat Dominik :)

Ale londyńscy muzealnicy nie poprzestali jedynie na pokazaniu „efektu końcowego”. Zachciało im się wydrzeć dawno zmarłym mistrzom tajemnicę ożywiania drewna. Na wystawie towarzyszącej odsłonili techniki, sposoby i sztuczki, jakimi posługiwali się rzeźbiarze, aby uzyskać efekt przyprawiający o drżenie niepokorne serca (wszak to czasy wojującej kontrreformacji). A jednym z elementów wystawy jest poniższy filmik, może nieco długi, ale wart obejrzenia. A nuż zapragniecie sami zrobić taką rzeźbę do domowego ołtarzyka? ;)


video

sobota, 26 grudnia 2009

piątek, 18 grudnia 2009

Micrologus w Krakowie


Nie wiem, co takiego jest w muzyce dawnej, że tak ciągnie za duszę. Kiedy raz zasmakujesz w dźwiękach dawnych instrumentów, pieczołowicie rekonstruowanych przez znawców i miłośników w jednej osobie, to już zawsze będziesz odczuwać tę przyjemną tęsknotę za brzmieniem lutni, violi czy harfy i czystym, ale jakby pokrytym patyną śpiewem ludzi kochających to, co stworzyli muzycy przed wiekami... Przynajmniej ja tak mam.

Dlatego bilety na wczorajszy koncert Ensemble Micrologus, włoskiego zespołu muzyki dawnej, zamawiałyśmy z Aśką już od dwóch miesięcy. Ostatecznie udało nam się to zrobić trzy tygodnie temu :) Micrologus to zespół, który wciągnął mnie w świat pięknego brzmienia przez transmisję radiową ich występu na festiwalu w Jarosławiu w 2002 r. Wykonywali wtedy pieśni pielgrzymów do katalońskiego sanktuarium Montserrat. Teraz po raz pierwszy mogłam ich usłyszeć i zobaczyć na żywo. W krakowskiej filharmonii smakowaliśmy wczoraj włoskie trecento, czyli XIV-wieczne ballady, madrygały i muzkę taneczną, zatytułowane Venite Amanti a la lizadra festa. Pięknie zagrane, choć nie perfekcyjnie, bo ten rodzaj muzyki ma taki chropawy charakter. Widać było, że to wspólne granie sprawia im przyjemność, pomimo zrozumiałego zmęczenia (koncert trwał bez przerwy półtorej godziny), więc publiczność nie chciała zespołu wypuścić ze sceny. Niestety, wszystko, co dobre, szybko się kończy...

A ja, choć przez parę lat poznałam wiele zespołów wykonujących muzykę dawną, to jednak do tych Włochów wracam jak do swojego prywatnego źródła.



Jeden z utworów, wykonywanych wczorajszego wieczoru, tutaj jednak w innym miejscu, czasie i składzie :)

czwartek, 17 grudnia 2009

Zagrożone biblioteki


Dziś dotarł do mnie list z wydawnictwa Runa, stworzony przez pisarza Tomasza Piątka, w odpowiedzi na pomysły ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego dotyczące m.in. publicznych bibliotek w małych miejscowościach. Pozwalam sobie zamieścić ten list w całości, bo nie ma czasu do stracenia.

Panie Premierze,

My niżej podpisani - pisarze, tłumacze, redaktorzy, wydawcy, bibliotekarze i czytelnicy - protestujemy przeciwko planowanym zmianom w prawie pozwalającym na likwidację bibliotek w małych miejscowościach. Pan Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego Bogdan Zdrojewski twierdzi, że chodzi tu o łączenie niedochodowych bibliotek z innymi niedochodowymi instytucjami kulturalnymi, co ma obniżyć koszty ich utrzymywania. Kryterium dochodowości placówki kulturalnej, jaką jest biblioteka, użyte przez ministra kultury zdumiewa i wysoce niepokoi. Podzielamy obawy polskich bibliotekarzy, którzy słusznie widzą w tym zamysł likwidacji bibliotek.

Znamy dobrze polską rzeczywistość. Jeździmy po polskiej prowincji, do małych miejscowości i jeszcze istniejących małych bibliotek, jedynych w promieniu wielu kilometrów ośrodków kultury. Polski pisarz często nie ma innego sposobu dotarcia do czytelników. Zważywszy na niski poziom oferty kulturalnej mediów, w tym mediów publicznych, dla czytelników to jedyny żywy kontakt z autorami.To małe biblioteki są oazami, w których przetrwała sztuka czytania i sztuka rozmowy o książce. Biblioteki nie są - wbrew mniemaniu polskiej klasy politycznej - reliktem odchodzącego świata, o czym świadczy ich rola w Europie Zachodniej, gdzie liczba wypożyczeń z roku na rok rośnie.

Publicznie anonsowany przez ministra Zdrojewskiego zamiar przetworzenia bibliotek w „centra innowacyjności i kreatywności” okazuje się politycznym pustosłowiem. W roku 2009 w ramach programu mecenatu kulturalnego państwo przeznaczyło na biblioteki 2 miliony złotych. Czystą fikcją staje się program Biblioteka+, który do tej pory nie ma ani budżetu, ani harmonogramu wprowadzania w życie.Ten sam minister ogranicza wydatki na finansowanie bibliotek z budżetu ministerstwa w 2010 roku z założonych 40 milionów złotych do 10 milionów.

Panie Premierze, dwadzieścia lat temu byliśmy dwa razy biedniejsi, a stać nas było na biblioteki. Przez te dwadzieścia lat kraj bogacił się o kilka procent PKB rocznie.Teraz przy postępującym spadku czytelnictwa i groźbie funkcjonalnego analfabetyzmu okazuje się, że Polski nie stać ani na program walki z tymi zjawiskami, ani na utrzymanie bibliotek. Przez dwadzieścia lat wyeliminowaliśmy z programów szkolnych edukację kulturalną, zamykaliśmy czytelnie publiczne i nie uzupełnialiśmy dostatecznie zbiorów bibliotek. Polski nie stać na pełnienie roli niewyedukowanego pariasa Europy, Polaków na bycie narodem barbarzyńców. Wzywamy Pana, Panie Premierze, do działań, które zaświadczą, że podziela Pan nasze zdanie. Wzywamy do poszanowania Konstytucji RP, gwarantującej obywatelom dostęp do kultury.

Sami nie będziemy stać bezczynnie. Powołujemy Obywatelskie Forum Dostępu do Książki - forum dla wszystkich, którzy chcą uczestniczyć w walce ze spadkiem czytelnictwa, w pracach nad uzdrowieniem rynku książki i odrodzeniem bibliotek w Polsce. Do udziału w tym przedsięwzięciu zapraszamy wszystkich ludzi książki i czytelników.

Jeśli ktoś chciałby podpisać się pod tym listem, niech pisze do autora: kontakt (at) tomaszpiatek.pl lub step-1 (at) o2.pl


środa, 16 grudnia 2009

Potrzeba matką wynalazków


Zbliżają się Święta i Nowy Rok, a zatem czas wzmożonej działalności imprezowej w firmach, zakładach pracy, urzędach i tym podobnych przybytkach tajemniczej działalności ludzkiej. Takie, często obowiązkowe, spotkania w polskich firmach wciąż najczęściej zwane są opłatkowymi, ewentualnie świątecznymi, choć opłatków na nich raczej nie znajdziemy (doświadczenie osobiste dnia wczorajszego). Znajdziemy za to niezłą wyżerkę na koszt pracodawcy (ewentualnie składkową) oraz coraz częściej lampkę wina lub szampana. A wszystko to w zachodnim stylu standing party, gdzie stoły występują raczej symbolicznie. Co zatem zrobić z kłopotliwym ograniczeniem istoty dwuręcznej, utrudniającym spokojne delektowanie się jedzeniem i piciem? Problem rozwiązano niezwykle twórczo. Nie wiem czy wynalazek opatentowano, ale warto go zastosować w najbliższych dniach. Smacznego! :)


czwartek, 10 grudnia 2009

BiblioNETkołaj


Grudzień, czas niespodziewanych (i spodziewanych też) prezentów. I ja byłam grzeczną dziewczynką, bo pomimo grypy przybył do mnie Mikołaj. A dokładnie BiblioNETkołaj, przynosząc ze sobą biografię Jane Austen (okładka w załączeniu). To bardzo przyjemne uczucie, kiedy ze skrzynki pocztowej wyciągasz przyjemnie grubą paczuszkę :)

A teraz o samym pomyśle BiblioNETkołajów. Na tym portalu, na którym ludzkość chwali się, jakie książki czyta albo szuka czy daną książkę przeczytać warto, od kilku lat w okolicy wspomnienia Świętego z Miry organizowana jest świetnie pomyślana akcja. Masz w domu książki, które niekoniecznie muszą Ci zapychać biblioteczkę? Sprawdź, kto z użytkowników BiblioNETki ma tę książkę w schowku pod hasłem „Poszukuję”. Następnie wyduś z administracji* (za pomocą prostego maila) dane adresowe delikwenta i wyślij paczkę do spragnionego daru grzecznego chłopczyka lub dziewczynki. Proste, a ile radochy daje, zarówno adresatowi jak i nadawcy :) Ostatecznie, nawet jeśli nie zależy Ci na sprawianiu innym radości, zrobisz sobie miejsce na półce na nowe prezenty, bez wyrzutów sumienia, że oddajesz książkę na makulaturę...

Akcja ciągle trwa. Ty też możesz zostać Świętym Mikołajem!**

* Dla zaniepokojonych, że następuje tu jakieś naruszenie tajności danych osobowych: spojrzyjcie w wyjaśniający komentarz poniżej i spokojnie dalej mikołajcie :)

** Gwiazdorem, Dziadkiem Mrozem, Gwiazdką, Aniołkiem, Dzieciątkiem i czym tam jeszcze chcesz, biorąc pod uwagę uwarunkowania geograficzne...

niedziela, 6 grudnia 2009

Grypa


No i proszę, człowiek się stara być indywidualistą, a tu mu wredny, półżywy wirus plany krzyżuje. Znalazłam się ostatnio w wielotysięcznym tłumie zagrypionych, co źle wpłynęło na poziom przyjaznych uczuć do świata i bliźnich... Zdecydowanie nie polecam. Grypy, bliźnich niekoniecznie ;)

Moja rada na dziś: trzymajcie się zdrowo!

wtorek, 1 grudnia 2009

Krok po kroku, krok po kroczku...


... najpiękniejsze w całym roczku, idą święta. A do Nowej Huty już doszły! W Alei Róż, w miejscu Lenina stanęła wielka choinka, a wokół niej pojawiły się dziś kolorowe cudeńka, pełne wieżyczek i lepionych mniej lub bardziej nieporadnie figurek. Dziś w południe odbył się konkurs na szopkę krakowską z elementami architektury nowohuckiej. I znów Nowa Huta przoduje w Krakowie, bo na Rynku, pod Adasiem, konkurs dopiero w czwartek :)




piątek, 20 listopada 2009

Moja prawa stopa


Przeglądając dziś aktualności na polskich stronach jakubowych, trafiłam na nieznaną mi jeszcze stronę bractwa jakubowego ze Szczyrku. I ku wielkiemu memu zdziwieniu (a, jak wiadomo, dziwienie się jest immanentną cechą ludzi inteligentnych ;) ) znalazłam w nagłówku tej strony moją prawą stopę! A dokładniej mój prawy but, zwany przeze mnie hiszpańskim trzewikiem, który dziarsko depcze bruk obok spiżowej muszli na szlaku jakubowym w Burgos. Oj, nacierpiałam się ja przez te butki na camino, a tu taka ich nobilitacja :) Niemniej zdecydowanie wprawiło mnie to w doskonały humor na resztę dzisiejszego dnia: nie dość, że „cytują” mnie na stronach internetowych jak klasyka, to jeszcze przekonałam się, że ktoś czasem zagląda na nasze galerie podróżniczych zdjęć. Jak to mało człowiekowi do szczęścia potrzeba :)

czwartek, 19 listopada 2009

Przyjemność


Myślałam właśnie, ile przyjemności może człowiekowi sprawić widok przystojnego faceta, choćby tylko na zdjęciu w gazecie :) Więc pomińmy dalszy komentarz (i nieudolne parafrazowanie słynnej pisarki), niech fakty świadczą same za siebie.

Colin Firth

A Eli za podesłanie tego wywiadu bardzo dziękuję :*

środa, 18 listopada 2009

Jesienna nowalijka


Wróciłam właśnie ze spotkania w Księgarni Hiszpańskiej, na którym ks. Andrzej Mojżeszko opowiadał o swoich przygodach na Wielkopolskiej Drodze Świętego Jakuba, po której pielgrzymował rok po naszej (mojej i Aśki) peregrynacji z Poznania do Jakubowa. To zadziwiające, jak podobne mamy wspomnienia, i te dobre i te mniej dobre :) W gabinecie ikonograficzno-podróżniczym zamieszczam link do kilku fotek z tej naszej wędrówki w 2007 roku, choć ze skąpymi opisami. Może kiedyś je uzupełnię...

A ze spotkania wyszłam z prezentem, czyli jeszcze cieplutką i pachnącą farbą drukarską książeczką-pamiętnikiem ks. Andrzeja, napisaną piękną polszczyzną, a zarazem bardzo przystępnie. To zdecydowanie najnowsza książka o camino, a pierwsza zawierająca wspomnienia z polskich dróg. Taka niespodziewana nowość jesienna :) Połowę już przeczytałam, ba, połknęłam niemal! Jeśli ktoś zechce przeczytać, to niech w najbliższym czasie poszuka jej w dobrych księgarniach. Ewentualnie uśmiechnie się do mnie i ustawi w kolejce :)

poniedziałek, 9 listopada 2009

Powrót na Drogi


Minione trzy dni spędziłam w zacnym towarzystwie caminowiczów różnej maści, wieku i pochodzenia (a z chodzeniem to oni mają wiele wspólnego), albowiem przebywałam na uroczym spotkaniu przyszłych członków ponadregionalnego stowarzyszenia Przyjaciele Dróg Świętego Jakuba w Polsce. Brzmi oficjalnie. A tymczasem wszystko zaczęło się we dworze na Wichrowym Wzgórzu, w Przybysławicach koło Klimontowa, gdzie serdecznie i z prawdziwą polską gościnnością podejmował nas gospodarz-poeta Jarek Paczkowski. Nie ma się zatem co dziwić, że nocne rodaków rozmowy salonowe z towarzyszeniem gitary i innych (płynnych) doskonałości przeciągnęły się do późnej nocy. Atmosfera tego miejsca jest niezwykła, nie tylko ze względu na otaczające człowieka krajobrazy, ale przede wszystkim ze względu na gospodarza. To człowiek przez duże Cz. Radzę przekonac sie o tym osobiście (służę namiarami).


Wieczór na Wichrowym Wzgórzu. Gospodarz przy gitarze wykonujący swoje utwory. Fot. Marek Łygas (ze strony Szlakiem Muszli)

Nastepnego dnia ruszyliśmy drogą jakubową pod prąd, w przeciwną stronę niż wskazywały strzałki, do Sandomierza. Trzydzieści kilometrów przez jabłkowe sady wśród mgieł sandomierszczyzny, w radośnie mlaskającym błotku, pokrzepiani ognistymi rozmowami oraz gorącą herbatą i kalorycznymi drożdżówkami i oponkami w remizie w Świątnikach.


Wytrwali caminowicze z drogowskazem przy kościele św. Jadwigi w Świątnikach. Fot. Marek Łygas (ze strony Szlakiem Muszli)

A wieczorem, w Sandomierzu, powitani uroczyście na mszy u św. Jakuba, kontynuowaliśmy rozpoczęte dyskusje, w trochę bardziej oficjalnej formie, aby znów zakończyć grubo po północy. Pielgrzym musi mieć jednak mocne zdrowie :) Niedziela natomiast należała już całkowicie do Sandomierza. Najpierw po dominikańskim obejściu św. Jakuba oprowadzał nas brat Krzyś, a później na wycieczkę po grodzie ojca Mateusza zabrał nas Marek (jak widać równiez zdolny fotoreporter), pokazując nam sandomierskie zakamarki naziemne, podziemne i ponadziemne. Całość została zakończona w przyrynkowej Garkuchni pysznymi pierogami w różnych odmianach. A po wyjściu zaczął padać gęsty deszcz, który towarzyszył nam do samego Krakowa i jakoś do tej pory nie rezygnuje z namaczania...

Uściski dla wszystkich uczestników, a dla Kasi szczególne, za całokształt. I do zobaczenia w Suwałkach!

wtorek, 3 listopada 2009

Czas odmierzany Savallem


Minęło dopiero pół roku od niezapomnianego wykonania Jerusalem w czasie festiwalu Misteria Paschalia, a tu kolejny krakowski festiwal, przygotowany przez Krakowskie Biuro Festiwalowe. Po raz pierwszy ruszył wczoraj Międzynarodowy Festiwal Literatury im. Josepha Conrada, powiązany z rozpoczynającymi się w czwartek Targami Książki. I od razu ruszył z przytupem, bo jako inaugurację wybrano Tous les matins du monde, koncert dedykowany autorowi Wszystkich poranków świata, Pascalowi Quignardowi. W magicznie oświetlonym (choć chłodnym) wnętrzu kościoła św. Katarzyny rozbrzmiewały wczoraj boskie dźwięki siedemnastowiecznej violi da gamba, na której wirtuozowsko grał mistrz Jordi Savall.



Poszczególne utwory przeplatane były fragmentami opowieści o panu de Saint Colombe, gambiście, i panu Marin Marais, pragnącym zgłębić tajniki gry na violi, odczytywane z pasją przez Krzysztofa Globisza. Przez chwilę mieliśmy możliwość przenieść się w czasie do XVII wieku, wystarczyło zamknąć oczy lub zapatrzyć się w niknące w ciemności sklepienie...

niedziela, 1 listopada 2009

A w Krakowie...


... znów pojawiły się anioły. Znajdzie taki kawałek gzymsu i od razu czuje się jak u siebie. Siedzi sobie i udaje niewiniątko, wygrzewając się bezczelnie w jesiennym słońcu. Podstępne. Ale w taką pogodę nawet pierzastym się wybacza :)



sobota, 31 października 2009

Noc Samhain lubo też Dziady


Skończył się październik a listopad jeszcze nie nadszedł. Te kilka godzin nocnych należy do błąkających się po świecie duchów. Słowiańskie zagubione dusze schodziły się na wezwanie guślarza na obrzęd dziadów, nęcone rozkładanym dla nich miodem i ziarnem. Żeby trafiły tej nocy w miejsca, które znały za życia, zapalano dla nich ogień na rozstajnych drogach. Ogień odstraszał też upiory, dlatego nasi przodkowie rozpalali na uroczyskach ogniska. Znicze, które teraz stawiamy na grobach, to pozostałość naszej pogańskiej przeszłości, odpowiednio zasymilowana przez chrześcijaństwo.


Celtowie w noc Samhain spodziewali się odwiedzin nie tylko zmarłych, ale też tych, którzy się jeszcze nie urodzili. Dusze miały się błąkać po tym łez padole, szukając na najbliższy rok wygodnego do zamieszkania ciała. Dlatego każdy normalny człowiek zamykał się w domu, wygaszał ogień na kominie, aby ciepło i blask nie zwabiły żądnych wygód duszyczek. Jeśli już ktoś musiał wybrać się w podróż, to ubierał się jak włóczęga, w obszarpane ubranie, zniechęcając tym duszę do zainteresowania obleczonym łachmanami ciałem. Ale żeby nie było, że Celtowie byli mniej gościnni od Słowian, to oni też wystawiali przed domem poczęstunek dla gości z zaświatów.



Po celtyckim świecie tej nocy także włóczyły się upiory, zatruwając wszystkie pozostałe na polach i w lasach artykuły spożywcze, dlatego od dzisiejszej nocy nie można już było zjadać jagódek leśnych, chyba że ktoś miał ochotę powiększyć grono przyszłorocznych zagubionych duszyczek. Czasami za upiory przebierały się miejscowe łobuziaki, żeby postraszyć co bardziej sceptycznych obywateli. Dziś naśladują ich dzieciaki, które w ramach Halloween „straszą” głównie w amerykańskich miasteczkach, dostając w zamian dużo niezdrowych słodyczy. Celtowie w Samhain nie wypuściliby swoich dzieci za próg...


Dzisiejszej nocy cienka granica pomiędzy światami zdaje się zanikać. Przeszłość miesza się z przyszłością i teraźniejszością. Dlatego też to odpowiedni czas na wróżby: lanie wosku, rzucanie obierek z jabłka i to wszystko, co dziś zastrzeżone (nie wiedzieć czemu) dla wigilii św. Andrzeja.

O świcie dusze powrócą w swój wymiar, a chrześcijaństwo znów nadejdzie, wraz z niezliczonymi zastępami świętych. Jednak dzisiejszej nocy dziwnie mnie ciągnie do moich pogańskich korzeni...


Zdjęcia zrobione dzisiejszej nocy na cmentarzu Rakowickim w Krakowie

piątek, 30 października 2009

Pokój w Ziemi Świętej


Ponieważ w mojej ostatniej wakacyjnej podróży korzystałam z pewnych pomarańczowych linii lotniczych, których usługi zamawiałam internetowo, przysyłają mi teraz na skrzynkę mailową różne promocyjne oferty. Dziś przyszła taka: „Boże Narodzenie w Ziemi Świętej! Leć już za 71.99 GBP*!”. Cóż, oferta może i kusząca, ale nie w mojej strefie walutowej :)

Ale to nie cena tak mnie zaintrygowała, lecz jedno z haseł w treści promocji: „Zarezerwuj pokój dziś - zapłać jutro!”. Gra słów ciągle najlepiej opisująca sytuację w Mieście Pokoju i okolicach... Chcesz spędzić spokojne święta w Betlejem? Wykup sobie na ten czas chwilę pokoju. Tylko czym ci później przyjdzie za niego zapłacić...

Izraelczycy spróbowali wprowadzić pokój przez budowę wielkiego muru między strefą palestyńską a strefą „tylko dla Izraelczyków”. Słychać tu złośliwy chichot historii, dawne ofiary sięgają po metody oprawców... A już za kilka dni minie dwadzieścia lat od upadku muru berlińskiego, którą nasza część świata będzie pewnie szumnie świętować. Może warto przy tej okazji pamiętać o Palestyńczykach, którym tzw. cywilizowani sąsiedzi robią swoistą powtórkę z historii...

Sytuację w Palestynie komentuje na murach palestyńskich domów oraz na wyżej wspomnianym murze izraelskim, jeden z najbardziej intrygujących artystów-graficiarzy na świecie, tzw. Banksy. Powyżej graffiti z Betlejem.


wtorek, 27 października 2009

Dies irae


W Muzeodajni dziś dzień gniewu. Wszystko trzeszczy, warczy i drży. To wspólnota mieszkańców bloku z lokalem, w którym mieści się nasza siedziba, zakłada sobie monitoring. Będzie bezpieczniej. Przynajmniej teoretycznie. Ale tymczasem trzeba przetrwać borowanie w betonie...

Jednocześnie jest to doskonały motywator dla mnie, żeby wstać i pojechać do Jagiellonki. Odsuwam tę smutną konieczność jak najdalej od siebie, ale w takich warunkach nawet biblioteczny moloch jest lepszy od wiertarki udarowej za ścianą. Wiertarka w służbie kultury - doskonały temat nowej sesji naukowej, prawda? :)

poniedziałek, 12 października 2009

Historia pewnej zakładki


Najpierw Kasia przyjechała na pierwsze krakowskie spotkanie caminowiczów, przywożąc ze sobą plik zakładek z Sandomierza. Gustowne, z pięknymi fotkami równie pięknego romańskiego kościoła św. Jakuba.

Przez następne dwa lata (a może więcej?) zakręceni na punkcie camino ludzie z Tarnobrzega, Więcławic, Sandomierza i Krakowa oraz szeroko pojętych okolic dawnej drogi Via Regia,wytyczali, znakowali, upowszechniali i otwierali coraz to nowe odcinki jakubowych dróg prowadzących przez Kraków do dalekiego, a jednocześnie bliskiego Santiago de Compostela. Sandomierz z Krakowem połączył wyznakowany szlak, którym przeszli już pierwsi pielgrzymi. Tak samo bardziej południową stroną Polski biegnąca Via Regia, od Wielkich Oczu do Krakowa, została otwarta stopami pierwszego pielgrzyma, czyli tejże samej Kasi-od-Zakładek.

A niedawno, siedząc sobie w poczekalni u lekarza i czytając Zaskoczonego Radością C. S. Lewisa, wysunęłam nieznacznie sandomierską zakładkę z książki, na co zareagował siedzący obok mnie krakowski kompozytor, który pisze właśnie oratorium Droga św. Jakuba i poszukuje kontaktu z ludźmi, którzy w Małopolsce odtwarzają szlaki jakubowe... Święty i zakładki się łapie, żeby osiągnąć swój cel ;)

Fotki cudownej zakładki nie mam, ale poniżej filmik z Kasi pielgrzymki szlakiem Via Regia.




sobota, 26 września 2009

Nowości w Muzeodajni


Nowa wystawa w Muzeodajni już otwarta. Wernisaż miły i pełen wrażeń, o których może lepiej zamilczę... Większość uczestników zadowolona, a przynajmniej nie ośmiela się mówić inaczej :)

Poniżej parę fotek made by Allya:


Kolega Andrzej wczytuje się pilnie w dramatyczną biografię pięknej, acz nieszczęśliwej Izy Branickiej



Nasze własne mauzoleum Wierzbięty z Branic, z Włodkiem Żelaznym po prawej :)


Kącik kościółkowy


Pan Jan Filip Sommer, attaché kulturalny konsulatu niemieckiego w Krakowie (ten wysoki) stoi na czele naszych gości (od lewej): ekipa archeologów z Branic, ekipa z Muzeum PRL w Światowidzie (z samą panią dyrektor), wyż wspomniany Jan Filip, słynny Maciej Miezian, redaktor Jan z "Głosu" oraz zaprzyjaźniony pan Zygmunt od Ogrodów :)


Silna grupa wernisażowych wycieczkowiczów przed popielową ruiną w Ruszczy


Branicki gospodarz Jacek przed archeologiczną posiadłością w Branicach


Zakończyliśmy na piano nobile starego dworu Branickich (czyli w tzw. lamusie), wśród skorup skrzętnie wykopywanych przez jackową ekipę :)

środa, 16 września 2009

Zwierzątka Marii Magdaleny


Gronostajowi, zwanemu Łasiczką, znudziły się wreszcie objęcia Damy, a właściwie jej żelazny uścisk. Zwierzę postanowiło zatem zwiać, jak najdalej od Czartoryskich i ich groźnej Lady. A ponieważ najłatwiej schować się w tłumie, więc mądre stworzenie zmultiplikowało się i opanowało cały plac Marii Magdaleny w Krakowie. Siedzi sobie teraz w równych rządkach i udaje, że nic się nie stało. Tylko ksiądz Skarga wydaje się być przerażony tym, co widzi i desperacko macha ręką na swojej kolumnie, żeby rozgonić podstępne potwory...

Jeśli ktoś jeszcze nie widział instalacji Ottmara Hörla, przygotowanej z okazji 30-lecia partnerstwa miast Krakowa i Norymbergi, to niech koniecznie do 25 września odwiedzi okolice dawnego Muzeum Wyspiańskiego. Wrażenie nieziemskie :)


Tu bohater opowieści w zbliżeniu

Jednak na Kacprze nowoczesna instalacja nie robi żadnego wrażenia... :)

wtorek, 15 września 2009

Ilustrowany dziennik z podróży


Wprawdzie minął ponad miesiąc od powrotu z urlopu, ale jednak udało się! Zamieściłam w internetowej galerii zdjęcia z szeroko pojętego Londynu wraz z opisami i teraz dzielę się z Wami moim prywatnym, ilustrowanym dziennikiem z podróży. Wystarczy kliknąć na baner poniżej, aby się do niego dostać. Jednocześnie ostrzegam, iż galeria liczy 351 zdjęć, co może być okolicznością zniechęcającą. Ale można oglądać na raty :)

Życząc dobrej nocy, zapraszam do obejrzenia!


Image Hosted by ImageShack.us


PS W Muzeodajni pojawił się nowy kącik (u dołu strony): gabinet podróżniczo-ikonograficzny, gdzie znaleźć można wejścia do galerii z naszych (moich i Aśki) wcześniejszych podróży. Zapraszam do korzystania :)


wtorek, 8 września 2009

To już rok...


Minął już rok, odkąd zawracam Wam głowę różnymi różnościami. Nadszedł zatem czas na kolejne zaproszenie do Nowej Huty:



Będzie mi niezmiernie miło Państwa gościć zarówno na wernisażu, w samo południe 23 września, lub kiedykolwiek w czasie trwania wystawy, aż do 28 lutego 2010 roku :)

piątek, 4 września 2009

Muzeum w Sieci


Nie będzie to opowieść o muzeum rybołówstwa lub hitów amerykańskiej kinematografii. Tym razem o naszej polskiej rzeczywistości (choć nieco wirtualnej), która potrafi pozytywnie zaskakiwać.

Pamiętacie Państwo Muzeum Zabawek i Zabawy w Kielcach, które parę miesięcy temu polecałam jako warte zobaczenia? Teraz polecam tym bardziej :)

Dostałam bowiem dziś ciekawego mejla o takiej treści: „Zapraszam do lektury bloga towarzyszącego wystawie pn. Made in Poland. Zabawki z polskich spółdzielni zabawkarskich.
Wystawa do obejrzenia w Muzeum Zabawek i Zabawy w Kielcach, codziennie oprócz poniedziałków, w godz. 9.00-17.00 (do końca czerwca 2010 r.), a blog cały czas.” Okazało się, iż w ramach wystawy o PRL-owskich zabawkach (czyli NASZYCH zabawkach drodzy czytacze...) została stworzona „wirtualna sala” czyli blog, na którym autorzy zamieszczają zdjęcia, opowieści, wspomnienia o dziecięcych zabawkach dzisiejszych internautów. Na stronie zamieszczono apel o podzielenie się swoimi wspomnieniami i widać, że kilka osób już odpowiedziało. Powstaje zatem wirtualny album o dzieciństwie i zabawkach w czasach PRL-u, który niejednego zwiedzającego wzruszy i rozrzewni...

Jest to zdecydowanie najciekawsza propozycja interaktywnego muzeum, o jakiej ostatnio słyszałam, dlatego polecam wszystkim zwiedzenie wirtualnej sali wystaw w Kielcach oraz zachęcam do włączenia się do akcji!

piątek, 28 sierpnia 2009

Przyjaciel


Jest z nami od 15 lat. Czasem trudno sobie wyobrazić, jak to było, zanim do nas przybył. I jak to będzie, kiedy odejdzie... Kiedy choruje, to nawet upalne lato zamienia się w listopadową ciemność. Kiedy zdrowieje, nawet poranne mgły wydają się radosne.

Dlaczego psy muszą żyć krócej niż ludzie? To będzie jedno z pierwszych pytań, jakie Panu Bogu zadam po tamtej stronie...



Oto Kacper


piątek, 14 sierpnia 2009

„Szlakiem Muszli” już działa!


Sezon pieszych wędrówek w pełni rozkwitu, choć pogoda usiłuje robić różne niespodzianki. Ale cóż to jest dla prawdziwych caminowiczów? W lipcu nastąpiło uroczyste otwarcie kolejnego etapu polskich Dróg św. Jakuba, między Sandomierzem a Krakowem. I już znaleźli się chętni do przemierzenia tego odcinka na własnych łapkach!

Aby pomóc wędrowcom w tej pionierskiej trasie, ekipa z Tarnobrzega w postaci Kasi i Marka (machamy łapkami z entuzjazmem!) przygotowała rewelacyjną stronę internetową, pełną zarówno wiadomości praktycznych (jak mapy, noclegi, ABC pielgrzyma), jak i relacji z najnowszych wydarzeń. Obecnie można śledzić przygody naszych pierwszych pielgrzymów (pielgrzymek?), Mirabelli i Sabiny, które nieuchronnie zbliżają się do Krakowa. Strona, o pięknej nazwie Szlakiem Muszli, to moja polecajka na najbliższy czas!


Fotka ze strony Szlakiem Muszli, z sandomierskiej części Drogi Jakuba


wtorek, 11 sierpnia 2009

Pourlopowo


Zaniedbywałam Państwa ostatnio, za co uprzejmie przepraszam. Postaram się powrócić do pewnej systematyczności, choć z obietnicami to różnie bywa. Mogę się tylko usprawiedliwić urlopowym pobytem na Wyspach, a dokładniej w mekce wszystkich muzealników, czyli w Londynie.

Taką ucztę dla duszy (i ciała) muzealnika czasem warto sobie zrobić, żeby nie wpaść w samozachwyt (o ile to komuś grozi). Do takiego poziomu wystawienniczego to i za dwa pokolenia trudno nam będzie dojść. Ale wiadomo - poziom wystawy bardzo często jest wprost proporcjonalny do poziomu budżetu. I tam to widać jak na dłoni. Za to finansów nie szuka się w kieszeni zwiedzających (a przynajmniej nie bezpośrednio), gdyż wszystkie te cuda są dostępne całkowicie darmowo. No cóż, wystarczy tylko pojechać... :)


Poszwędać się po historycznych miejscach


Zjeść fisch&chips , popijając angielską herbatą, na kamienistej plaży w Brighton


A na koniec posiedzieć sobie z Paddingtonem na stacji - czy to nie piękne?


wtorek, 23 czerwca 2009

Deszczowy łikend


Nawalił chyba patron od pogody. Albo ktoś nam nieżyczliwy (konkurencja?) odwołał się do sił nieczystych. Dość, że całkiem ciekawie zapowiadająca się łikendowa impreza „Zajrzyj do Huty” dokonała się w strugach lejącego się z niebios deszczu. Być może był to nawet lokalny potop, wyproszony przez cystersów z Mogiły, którym nie w smak świętowanie jubileuszu sześćdziesięciolecia „miasta bez Boga”. A może nie chcieli dopuścić do odkrycia, że na terenie Nowej Huty, w Ruszczy, stoi kościół starszy od ich klasztoru? Kto ich tam wie...

Grunt, że ludność, nie bacząc na ten wodny spektakl, do wszystkich zakątków Huty dotarła, w atrakcjach udział wzięła i kiełbaskami czosnkowymi w archeologicznym anturażu na koniec się posiliła. Konie pod kopcem też się nie potopiły, można więc odnotować kolejny sukces na koncie Załogi Słonecznego!


Ułani pod prasłowiańskim kopcem Wandzi. Fot. PJ

A jakby ktoś chciał się dowiedzieć, po co zaglądać do Huty, to zapraszam tutaj.

sobota, 13 czerwca 2009

Brrrr...


Jesień w czerwcu. To nie jest sprawiedliwe...

Czy ktoś wie, gdzie się podziewa lato? Dlaczego człowiek cierpi na czerwcową chandrę? I kto za tym stoi?!

Niech mnie ktoś przytuli...


sobota, 6 czerwca 2009

Powroty


Pewnie znane jest Wam uczucie, kiedy po dłuższej nieobecności wracacie do ojczystego kraju? Albo miasta? To nie jest zwykła przyjemność czy radość, to splot różnych odczuć, które czasami trudno nawet nazwać. I ten specyficzny smaczek odkrywania na nowo znanych miejsc, poznawania na nowo dawno nie widzianych znajomych, zacieśniania więzi z odzyskanymi przyjaciółmi... Powrót to podobno najprzyjemniejszy element wyjazdu.

Tak samo jest z powrotem do ulubionych lektur czy też wykreowanych przez autora miejsc i światów, do żyjących w nich bohaterów, których nigdy nie ośmieliłabym się nazwać papierowymi. Ot, choćby taka wizyta u Borejków na poznańskich Jeżycach zawsze wyzwala u mnie ów "syndrom powrotu".

Ale obecnie wróciłam nieco dalej, do Siedmiu Królestw Westeros, trzymanych w ryzach przez władcę Żelaznego Tronu, pomiędzy wciąż walczące o wpływy rody Lannisterów, Baratheonów, Fossowayów i innych, poddanych potężnemu rodowi Targaryenów, władców smoków... Nie, wyczekiwana książka A Dance with Dragons Martina nie ukazała się jeszcze na polskim rynku. Za to dotarłam do opowiadania Wędrowny rycerz w trzecim tomie Retrospektywy, w którym autor opowiada o wydarzeniach na turnieju w Ashford, trzy pokolenia wcześniej niż słynna walka o tron (na zdjęciu Aegon V Targaryen, w opowiadaniu znany jako Jajo, wyrostek z królewskiego rodu, o którym nikt nawet nie myślał jako o przyszłym władcy; koniec spoilera :)). Zaś powrót do świata Siedmiu Królestw wywołał u mnie pragnienie powtórnego przeczytania niedokończonej sagi oraz sprowokował mnie do napisania tej nieco nostalgicznej notki :)

Cóż, być może nadszedł czas, aby nabyć sobie dotychczasowe tomy Pieśni Lodu i Ognia na własność? Jakby ktoś kiedyś zastanawiał się nad prezentem dla mnie, to zachęcam :D

piątek, 5 czerwca 2009

Pierwszy dzień kolejnego dwudziestolecia


To taki polski zwyczaj, dzielić historię ojczystą na kolejne dwudziestolecia. Poprzednie, przedwojenne, skończyło się nieciekawie. Miejmy nadzieję, że tym razem będzie lepiej :)

Jedno zdanie z wczorajszych uroczystości utkwiło mi w pamięci: zburzyliśmy komunizm, ale burzyć jest łatwo, teraz trzeba coś zbudować... Jeszcze parę lat temu nie uwierzyłabym, że będę cytować mądre słowa prezydenta Wałęsy... Ot, taki kolejny cud :)

Życzę nam wszystkim radosnego budowania!

środa, 27 maja 2009

Mit postępu


Świat pędzi naprzód, jakby go goniło stado głodnych wampirów. Myśl ludzka również biegnie, skacząc po górach. Pojawiają się w naszym życiu różne wynalazki, które, ogólnie rzecz biorąc, mają nam ułatwiać to życie. I ułatwiają, dlaczego nie. Tylko mnie ostatnio dopadła taka wizja:

Jest rok 4620. Grupa archeologów, eksplorująca bogate w znaleziska stanowisko w środkowej Europie, dotarła do warstwy kultury z początku XXI wieku. Rekonstruując profil społeczeństwa oraz poziom cywilizacyjny badanej społeczności archeolodzy doszli do wniosku, iż była to tajemnicza cywilizacja, która straciła umiejętność posługiwania się pismem, a nawet obrazem. Ze względu na bogaty materiał porównawczy z okresów wcześniejszych, naukowcy przypuszczają, iż pod koniec XX wieku nastąpiła nieznana katastrofa cywilizacyjna, po której ludy Europy przez wiele wieków odbudowywały na nowo swą bogatą kulturę piśmienniczą. Z powodu totalnego braku źródeł pisanych czy ikonograficznych, a nadmiaru tajemniczych plastikowych kart, cywilizację tę nazwano ludem plastikowych barbarzyńców.

Skąd taka apokaliptyczna wizja? Otóż, rozmawiając ostatnio z sympatycznym kustoszem działu starej fotografii, doszliśmy do wniosku, iż powszechność fotografii cyfrowej pozbawi naszych następców możliwości poznania naszych uroczych twarzy, naszych wspomnień z wakacji, ślubnych zdjęć itp. W przeciwieństwie do dziewiętnastowiecznych dagerotypów, dzisiejsze zdigitalizowane fotki powoli znikają z cyberświata. A mało kto przejmuje się robieniem odbitek (które i tak mają mniejszą gwarancję przetrwania, niż te sprzed stu lat...) czy fotografii tradycyjnymi metodami. Kto dziś jeszcze pisze listy? Maile i smsy mają motylą trwałość... A pamiętniki przeniosły się w cyfrowe przestrzenie blogów...

Stąd prośba do wszystkich: dajcie przyszłym badaczom choć cień szansy na poznanie bogactwa naszych myśli. Przecież warto!

czwartek, 23 kwietnia 2009

Niespełnione obietnice


Obiecałam przed świętami napisać parę ciepłych słów o Jerusalem Jordiego Savalla, wspaniałego koncertu, złożonego z muzycznych opowieści różnego czasu i różnych tradycji, opiewających święte miasto Jeruzalem... Ale nie zrobię tego. Pisząc maila do Przyjaciela, doszłam do wniosku, że nie potrafię. Całe wrażenie znika pod płaskimi słowami...

Aby się nieco zrehabilitować, zamieszczam poniżej dwa fragmenty koncertu. Wprawdzie nagranie tylko w małej części oddaje klimat tego wydarzenia, ale lepsze to, niż nic. Takie lekkie podrażnienie zmysłów...






czwartek, 9 kwietnia 2009

Świątecznie


I doczekaliśmy się. Wieczorem zaczynamy Święta! Nadchodzi czas, który nie sprzyja siedzeniu w sieci ;) Zatem już teraz wszystkim życzę dobrego przeżywania czasu świątecznego i radości ze zmartwychwstania!

A wszystkim wyświęconym życzenia wszelkiego dobra z okazji dzisiejszego kapłańskiego święta :)

PS A po świętach obiecuję notkę z uczty duchowej, czyli z wtorkowego koncertu Savalla, na którym dzięki dobrej wróżce Agnieszce z Biura Festiwalowego jednak byłam :) I do tego bez wyrzutów sumienia, bo OPbracia przenieśli próbę na środę :)

środa, 1 kwietnia 2009

Z ostatniej chwili


Dla wszystkich zagonionych: tak wygląda polskie, wiosenne morze...

video

Plaża w gdańskim Brzeźnie i to nie jest żart primaaprilisowy...


czwartek, 26 marca 2009

Wyznanie nawróconego radiosłuchacza


Nie sądziłam, że nastąpi to tak szybko... To pewnie przez tę polską cechę narodową czyli narzekajność :)

A zatem z radością oznajmiam, że radiowa Trójka znów jest stacją najczęściej przeze mnie słuchaną. Wprawdzie nadal z pewną dozą ostrożności i niedowierzania, ale jednak systematycznie. Przyznaję, że nawet ten dziwaczny twór Kuby Strzyczkowskiego, czyli „Za a nawet przeciw”, przypomina stare, dobre audycje Programu III. Gdyby jeszcze wróciły stare sygnały rozpoznawcze (czyli tak zwane dżingle), moja radość byłaby wielka :)

Na minione 7 lat spuszczam dziś zasłonę milczenia...

środa, 18 marca 2009

Przedwiosenna nostalgia


Za oknem dmie lodowaty wicher, smętnie padają krupy śniegowe i nic nie wskazuje na to, że w piątek ma nadejść wiosna. Kwiatki, które już wychylały swoje łebki z ziemi, nagle zastygły niezdecydowane, czemu ja się specjalnie nie dziwię. Bo to w końcu taki czas, kiedy najprzyjemniej jest usiąść w zaciszu wygodnego fotela, z książką w ręce i kawą w bliskiej odległości (zamiennie może być aromatyczna herbata lub grzaniec galicyjski), włączyć jakąś miłą smoothjazzową płytę i zatonąć w lekturze...

Można też zatonąć w przyjemnych wspomnieniach, w czym pomocne mogą być albumy ze zdjęciami. Mnie dziś dopadły nostalgiczne myśli z powodu jednego wpisu na „Bardzo starej biblioteczce”, w którym aż czuć zapach słonecznej Hiszpanii. Tęsknota za Drogą, za żółtymi strzałkami i bocadillos, za upalną drogą w południe i smakiem dojrzałej brzoskwini zajadanej w cieniu kamiennych ruin kościółka, nawet za galicyjskim smrodem kiszonki...

A droga wiedzie wprzód i wprzód, skąd się zaczęła, tuż za progiem...” Bilbo Baggins miał rację – niebezpiecznie jest pozwolić stopom podążyć ścieżką, bo kto raz wyruszył w Drogę, już nigdy się od niej nie uwolni...


Camino de Santiago, wrzesień 2005 r., fot. AL


wtorek, 17 marca 2009

Céad míle faílte!


Tak właśnie! Sto tysięcy powitań dla wszystkich, którym bakcyl irlandzki kiedykolwiek wlazł za skórę. Nastał nam dziś dzień św. Patryka czyli Lá Fhéile Pádraig (jak mawiają jeszcze niektórzy nasi przyjaciele z Zielonej Wyspy). A zatem dziś w menu ziemniaczki i Guinness. No dobrze, może być Murphy's :)

A do tego coś dla ducha, czyli irlandzka dusza zaklęta w muzyce. Dwa "kawałki" jednego z najlepszych zespołów muzyki irlandzkiej na świecie, czyli żorski Carrantuohill w akcji. Czasem warto się przyznać, że się w tym mieście mieszkało przez 18 lat... :)



Coś dla ducha



Coś dla ciała :)


poniedziałek, 16 marca 2009

Zmiany w Trójce, Kydryn wariuje...


„Witam serdecznie,
25 lat. Właśnie tyle zbierałem moje płyty. Każda z nich ma swoją historię. Mojej ulubionej muzyki można teraz posłuchać na jednej ze stron internetowych, dlatego te płyty nie będą mi już potrzebne.
Wybierz jedną płytę, która interesuje Cię najbardziej podając adres, na który mam ją wysłać.

Pozdrawiam,
Marcin Kydryński”


Takie ogłoszenie można znaleźć na stronach Sjesty. Czyż można się nie podzielić taką wiadomością? Szczególne podziękowania dla Ani za tak miłą niespodziankę w ten smętny poniedziałkowy poranek :)

poniedziałek, 9 marca 2009

Po prostu ciekawe miejsce


Dziś, w ramach wiosennej podróży po kraju, polecam Poznań. A dokładniej pewną galerię handlową, o wdzięcznej i obiecującej nazwie „Stary Browar”. To jedno z tych miejsc, które z dawnych hal przemysłowych zmieniają się w luksusowe wnętrza handlowe. Ostatnimi czasy bardzo głośno było o łódzkiej Manufakturze, ale moim zdaniem poznaniacy otrzymali produkt o wiele ciekawszy, gdzie przemysłowa architektura została świetnie przekomponowana dla innych celów, nie tracąc zresztą swej surowej urody.

Ale co ja będę opowiadać – sami zobaczcie. I jedźcie do Poznania, bo warto. Nie tylko z powodu Starego Browaru :)

Już z zewnątrz
wygląda obiecująco...

...ale wejdźmy do środka


Architekci umiejętnie połączyli stare z nowym



Całość centrum handlowego tworzy kilka budynków,
połączonych ze sobą charakterystycznymi industrialnymi elementami


Całości obrazu dopełniają takie oto smaczki :)



sobota, 7 marca 2009

Reklama w służbie etyki


No tak. Misteria Paschalia czyli wielki festiwal muzyki dawnej w Krakowie, z gwiazdami wielkiego kalibru, zbliża się wielkimi krokami. Na mieście już od paru tygodni wiszą plakaty, bilbordy i inne nośniki profesjonalnej reklamy, które zachęcają, kuszą i przyciągają szerokie rzesze miłośników na poszczególne koncerty. I to właściwie nic złego, również wszystkim polecam wybranie się na któryś z koncertów. Tylko że na koncert, który ja sobie upatrzyłam, biletów oczywiście już nie ma! >.<

A chciałam pójść oczywiście na kolejny wielki projekt Jordiego Savalla, którego tematem jest Jerozolima. „Do współpracy przy Jérusalem Katalończyk zaprosił muzyków różnych wyznań, religii i praktyk wykonawczych. Efekt niezwykły, ukazujący Jerozolimę jako miasto boskie, niebiańskie, ludzkie, ziemskie...” – tyle o koncercie mówią materiały promocyjne. Pod batutą Savalla wystąpią: Les Trompettes de Jéricho, La Capella Reial de Catalunya i oczywiście Hespèrion XXI. Wśród solistów zaś Montserrat Figueras, a także muzycy z Izraela, Armenii, Grecji, Iraku i Maroka. Jednym słowem – uczta dla duszy...
Jordi Savall podczas
ubiegłorocznego koncertu
Lachrimae Caravaggio


I tu wypływa na wierzch etyczny aspekt braku biletów. Otóż koncert odbędzie się 7 kwietnia o godzinie 20.00. A w tym samym dniu próba OPscholi ma trwać do 21.00. Zatem spragnieni wysłuchania najnowszej produkcji Savalla słuchacze rozwiązali za mnie dylemat etyczny: zwiać czy nie zwiać z zapowiedzianej próby akustycznej? Wszystkim szczęśliwym posiadaczom biletów na wtorkowy koncert do opery serdecznie dziękuję w imieniu własnego sumienia :)

środa, 4 marca 2009

Najlepsza załoga Słonecznego


W Muzeodajni zmiana warty, nastał dla załogi nowy commander. Młoda, świeża krew. No cóż, wszystkie znaki na niebie i ziemi zwiastują rychłe nadejście wiosny, to nie ma się co dziwić, że nam zwierzchność młodnieje :) Póki co cała sytuacja przypomina wielkie, wiosenne porządki, co, trzeba uczciwie przyznać, należało nam się już od dawna. Załoga wybudzona z zimowego snu zaczyna przejawiać niezdrowy zapał do pracy. Te niepokojące objawy zauważyłam też u siebie... Ale spokojnie, jest duża szansa, że się wyleczę :)

A na dodatek w moje pulchne łapki wpadła mi ostatnio książka o wieszczym tytule: Najlepsza załoga Słonecznego Olega Diwowa. Oczywiście to fantastyka, ale czyż załoga Muzeodajni, mieszczącej się na uroczym* osiedlu o wdzięcznej nazwie Słoneczne, nie jest fantastyczna?! Choć mam nadzieję, że jednak w jakiejś niewielkiej części różni się od swego literackiego sobowtóra...

Żeby jednak nie było dnia bez narzekania, to muszę uprzejmie donieść, że tak zachwalane przeze mnie misteria piątkowe, w ubiegłym tygodniu nie odbyły się. I to pomimo tego, że osobiście się na nie wybrałam! Skandal, nieprawdaż?


* Dla porządku: Urocze to jednak jest osiedle sąsiednie, przynajmniej z nazwy...

środa, 25 lutego 2009

Dzień w fioletach


No i koniec karnawału. Od dziś będzie więcej czasu na przyhamowanie tempa życia i nieco głębsze zastanowienie się nad samym sobą. Przynajmniej w teorii jest tego czasu dużo. Zawsze w Popielec wydaje mi się, że 40 dni to niemal bezkresny ocean czasu, a potem jakoś tak cichcem-chyłkiem i do tego błyskawicznie przychodzi Wielki Tydzień. I z roku na rok te sześć tygodni wydaje się kurczyć niemal do mgnienia oka. Ot, taka to względność czasu.

Moim (bardzo skromnym) zdaniem, taki fioletowo-popielny dzień, jak dzisiaj, dzień ścisłego postu (jeden z dwóch w ciągu całego roku), taki relikt przeszłości, bardzo tradycyjny i konserwatywny, przez co zupełnie nieatrakcyjny dla współczesnych ludzi, jest właśnie nam, współczesnym, do szczęścia potrzebny. Dzień poważny, i owszem, ale nie smętny. Takie mocne uderzenie, które wybija nas z codziennego rytmu.

A poza tym dzisiejszy dzień to taka brama do swoistego muzeum kultury, które jest tym bardziej niezwykłe, że wciąż żywe. To czas, kiedy w kościołach śpiewa się pieśni ze starych śpiewników, kiedy odżywają dawne misteria. Co ciekawe, te najstarsze pieśni i zapomniane już niemal misteria, najbardziej lubi młodzież. Jeśli ktoś nie wierzy, to niech się przejdzie w któryś z najbliższych piątków do krakowskiej bazyliki św. Trójcy, tak około godziny 20.00. W pięknej scenerii dominikańskich krużganków młodzi ludzie z duszpasterstwa szkół średnich co tydzień odgrywają średniowieczne Misterium Męki Pańskiej.


To taka wcześniejsza wersja znanej z naszych kościołów Drogi Krzyżowej, podczas której uczestnicy wędrują za krzyżem po różnych miejscach kościoła, a miejsce współczesnych rozważań, czytanych przy każdej stacji, zajmują dawne pieśni oraz śpiewana przez diakonów i kapłana Ewangelia, miejscami komentowana również poprzez użycie prostych rekwizytów. Jeśli dodamy do tego naturalne oświetlenie w postaci świec oraz brak mikrofonów, to otrzymujemy "produkt" zbliżony do słynnych przedstawień Scholi Teatru Węgajty. Podobny, ale jednak inny, bo tutaj w każdym momencie możesz przestać być jedynie widzem, a stać się jednym z uczestników misterium. Potrzeba tylko odrobiny otwartości na metafizykę.

wtorek, 24 lutego 2009

Pozytywnie :)


Dziś będzie pozytywnie (dziwnie, prawda?). W Muzeodajni odbył się wernisaż kolejnej wystawy, wszystko (no, prawie wszystko) zostało zrobione na czas, większych wpadek w przemowie Second-Wszechwładnego nie było, zatem dzień można zaliczyć do udanych. Ale nie dlatego będzie pozytywnie.

Cała sprawa rozbija się o odpowiednią lekturę. Parę dni temu nabyłam po promocyjnej cenie pierwszy tom zbioru opowiadań George'a R. R. Martina. Osobiście Martina czytać mogę zawsze i wszędzie. I wszystko. Oczywistym jest zatem, że nie mógł on długo leżeć na półce i czekać w grzecznie w kolejce. Porwałam go zachłannie, rzucając w kąt inne lektury. I to właśnie było to, a nie żadna coca-cola ;)

Martin to jeden z tych pisarzy, który idealnie trafił w mój gust czytelniczy. Moja z nim znajomość nie rozpoczęła się, jak można by przypuszczać, od słynnej już i wciąż niedokończonej sagi Pieśń lodu i ognia, klasycznego fantasy w najlepszym tego słowa znaczeniu. Dziwnym trafem jako pierwsza jego książka wpadła mi w ręce twarda sf, czyli Światło się mroczy oraz genialne opowiadanie, podpadające już właściwie pod horror sf, czyli Piaseczniki (a może nawet opowiadanie było wcześniej?). I właściwie od pierwszych chwil było jasne: Martina można w każdej postaci :)

Rzecz w tym, że przeczytałam już wszystkie jego powieści, które były dostępne na polskim rynku. Pozostało zatem niecierpliwe oczekiwanie na A Dance with Dragons, czyli kolejny tom sagi, z którym autor zmaga się już od lat, albo sięgnięcie po ukazujące się na naszym rynku zbiory opowiadań, wydawane z odautorskim komentarzem o trudzie tworzenia. Wybrałam właśnie tę drugą opcję i nie żałuję. To takie miniaturki dobrego smaku, dzięki którym łatwiej znieść cierpienia oczekiwania na danie główne. Jeśli ktoś gustuje w dobrej literaturze, to serdecznie polecam. Tylko uwaga: to uzależnia ;)

czwartek, 12 lutego 2009

Jeszcze jest czas!


Biegając ostatnio po ciemnych (a nawet czarnych) stronach Internetu, natrafiłam na trzy powiązane ze sobą artykuły na temat wypaczeń "tolerancji" i "równouprawnienia" oraz "poprawności politycznej". Szczęśliwie rzecz dzieje się w Szwecji, jest zatem szansa, że idee queer utoną w Bałtyku, zanim będą miały szansę do nas dotrzeć. Otóż na jednej ze szwedzkich uczelni studenci składają masowo skargi do "urzędu ds. równości" (nazwa w przybliżeniu), ponieważ czują się "urażeni" przez wykładowców z powodu: orientacji seksualnej, koloru skóry, kraju pochodzenia, niepełnosprawności i co tam jeszcze można wymyślić. Sprawa byłaby poważna i faktycznie godna rozpatrzenia, gdyby nie to, że: pani o orientacji homo chciała uczyć w szkole, ale miała problemy z koncentracją i zupełnie nie radziła sobie z dziećmi, panu o ciemniejszej karnacji zwrócono uwagę, by jeszcze popracował nad językiem szwedzkim, zanim pójdzie uczyć do szkoły, pani z Afryki, potencjalna nauczycielka klas niższych, język znała słabiej niż jej podopieczni w szkole, dziewczyna na wózku, chcąca pracować w przedszkolu, cierpiała na którąś odmianę ADHD, a chłopakowi z dysleksją poradzono, by zmienił jednak kierunek studiów i nie próbował w przyszłości uczyć dzieci pisania... Zapytacie pewnie, w czym problem, skoro sprawy się wyjaśniły? Otóż w tym, że wszystkie skargi zostały rozpatrzone... pozytywnie! W kilku przypadkach studentom wypłacono odszkodowania, a wykładowcę zawieszono w obowiązkach. Kto nie wierzy - niech przeczyta: część pierwsza, druga i trzecia. Ostrzegam, lektura zawiera drastyczne sformułowania.

Postuluję zatem, aby już teraz zakładać w Europie muzea zdrowego rozsądku, póki są jeszcze specjaliści, którzy mogliby konsultować powstające ekspozycje. Za parę lat już nikt nie będzie potrafił nie tylko zdefiniować pojęcia "rozsądek", ale nawet powiedzieć, czym rozsądek był w zamierzchłych czasach... Jeszcze jest czas, choć to już chyba ostatni dzwonek...

piątek, 6 lutego 2009

Cudze chwalicie...


Czytając różnorodne recenzje słynnego ostatnio filmu "Księżna" w reżyserii Saula Dibb, traktującego o nieszczęśliwiej acz uroczej księżnie Georgianie Cavendish, a z drugiej strony przygotowując kolejną wystawę w Muzeodajni, natrafiłam na postać naszej własnej, słowiańskiej księżnej, choć inaczej tytułowanej.

A mowa o hetmanowej Izabeli z Poniatowskich Branickiej (1730-1808), zwanej również Panią Krakowską (mąż był między innymi kasztelanem krakowskim). Dziewczyna nie miała łatwego życia, a zaczęło się już we wczesnym dzieciństwie. Na chrzcie jej dano Elżbieta, ale moda na francuszczyznę była tak wielka, że całe życie używano jej imienia w wersji francuskiej. W wieku lat 18 została wydana za 59-letniego Jana Klemensa Branickiego (dla którego była już trzecią żoną), w celu przeciągnięcia go na stronę stronnictwa, w którym prym wiedli Czartoryscy z Poniatowskimi. Młodziutka panienka wpływu żadnego wywrzeć nie potrafiła, co za złe jej miała cała Familia. Pan mąż już po czterech latach znalazł ukojenie w ramionach bardziej doświadczonej damy, natomiast pani na pociechę zostało urządzanie rozkosznego pałacu w Białymstoku, w pełni zasługującego na chlubny tytuł Wersalu Podlasia. Mało tego, że nie przeciągnęła pana męża na stronę Familii, to jeszcze została przy nim, kiedy próbował konkurować z jej ulubionym młodszym braciszkiem Stasiem w wyścigu do korony królewskiej.

Skandalu zatem w rodzinie hetmańskiej nie było, ale pan mąż okazał czarną niewdzięczność, zakazując Izabeli po swojej śmierci wychodzić ponownie za mąż, pod karą utraty praw dożywotniego użytkowania dóbr rodowych (które i tak po jej śmierci mieli odziedziczyć Potoccy). Branicki zszedł szczęśliwie z tego padołu w 1771 r., Izabela wywiozła go do krypty rodzinnej w Krakowie, a sama zajęła się wdowim życiem w Białymstoku. Wdowim tylko publicznie, bo potajemnie wzięła ślub z jednym z największych amantów Rzeczypospolitej, Andrzejem Mokronowskim, z którym przeżyła parę w miarę szczęśliwych lat, zanim padł rażony apopleksją w Łazienkach warszawskich, niemal u stóp Stanisława Augusta. Izabela, jak na wielką damę o dobrym guście i światowych manierach przystało, nadal zajmowała się rozwojem kultury w swych dobrach, choć wielkimi krokami nadchodziły czasy wszelakiego upadku. Wkrótce Polskę dotknęły zabory, ukochany brat Izabeli musiał abdykować i wyjechać z kraju, co prawdopodobnie przyspieszyło jego śmierć. Okręg białostocki dostał się pod panowanie pruskie, a dochody z dóbr hetmańskich spadły tak drastycznie, że Izabela była zmuszona sprzedać pałac białostocki Prusakom. I to jeszcze nie koniec nieszczęść, które ją dotknęły, bo tuż przed jej śmiercią dobra podlaskie jeszcze raz zmieniły przynależność państwową, dostając się pod panowanie Rosjan. Zmarła w 1808 r., nie pozostawiając wprawdzie potomstwa, ale zostawiając wiele dobrych dzieł w postaci szkół, organizacji dobroczynnych oraz ze smakiem urządzonych rezydencji, pełnych wysokiej klasy dzieł sztuki wykonanych przez artystów, którym patronowała całe życie.

Pałac w Białymstoku, fot. AL

Czyż nie jest to doskonały materiał na scenariusz filmowy? Zadziwiające jest zatem, dlaczego dotąd nikt nie napisał jej biografii? Istnieje wprawdzie biogram w PSB*, ale napisał go potworny Konopczyński, a to gorzej niż by go w ogóle nie było... Nie istnieje też w Białymstoku żadna ulica jej imienia, a szkoła, którą założyła, nosi obecnie imię ks. Jabłonowskiej... Brak szczęścia ciągnie się za Izabelą również po śmierci...

A we mnie po raz kolejny zrodziło się pytanie: co robią polscy scenarzyści?!



PS Portrety Izabeli i króla Stasia, które ilustrują tę historię, w oryginale znajdują się w zbiorach Muzeum Narodowego w Krakowie.


* Informacja dla ludzi normalnych: PSB czyli Polski Słownik Biograficzny, takie polskie Who is Who przez wieki...