Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciekawostki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciekawostki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 stycznia 2013

Tajemnice krakowskiego Ludwinowa

Kraków jest pełen tajemnic i oryginalnych pomysłów. Wystarczy przejść się przez krakowski Rynek, by napawać się małymi i większymi odkryciami. Ale jeśli tylko zdecydujemy się na nieco dalszą wyprawę, doznania wzrastają wraz z odległością od Sukiennic. A jeśli jeszcze ktoś zapragnie skorzystać z komunikacji miejskiej, to podróż taką będzie mógł zaliczyć do kategorii ekstremalnych.

Ot, choćby na takim Ludwinowie, czyli naprzeciw Skałki, patrząc ponad Wisłą, znaleźć możemy oryginalne podejście do reklamy. Nie ma dwóch zdań, mamy w Krakowie odważnie i niekonwencjonalnie myślących deweloperów. Bo czyż nie korci Was sprawdzić, jak wyglądają mieszkania zachwalane w poniższy sposób?


Kraków jest też miastem o dużej tolerancji religijnej, w którym schronienie znaleźć mogą wyznawcy różnej maści. Nikogo zatem nie powinien dziwić mural na jednej z ludwinowskich kamienic, oddający hołd pewnej sekcie, mającej zresztą w całej Polsce rzesze wyznawców. Ma ona chyba coś wspólnego z chrześcijaństwem, bo jej świątynie pękają w szwach zarówno w niedziele, jak i w okolicach głównych świąt chrześcijańskich. Aczkolwiek wierni wyznawcy pojawiają się nich regularnie również w dni powszednie. Tak to już bowiem jest z siatanistami :)


A przy okazji, kolejną siatanistyczną świątynię budują mi tuż za miedzą. Ciekawe zatem, czy podobne w treści murale nie pojawią się również na murach naszych azorskich slumsów?

piątek, 27 kwietnia 2012

Jak zostać artystą


Internet to niezgłębione morze zaskakujących informacji. Ja na przykład dowiedziałam się, całkiem przypadkiem, że jestem artystą wykonawcą utworów muzycznych i znajduję się na liście. Wprawdzie jeszcze nie dziedzictwa narodowego, tylko wykonawców niezrzeszonych, ale kto wie do czego jeszcze w internecie dojdę? Jakby tego było mało, to w dodatku należę do grupy pod nazwą „Schola i Bracia Dominikanie”. Coraz lepiej, prawda? A wszystko to za sprawą dwóch świetnych płyt, do których powstania udało mi się przyczynić. I nie powiem, że bez przyjemności :)

Teraz Związek Artystów Wykonawców STOART, na którego stronie zamieszczono wyżej wymienioną listę, zwraca się do nieświadomych swego istnienia artystów z apelem, aby się zgłaszać po odbiór tantiem. No cóż, widać na tym świecie wszystko zostało już wycenione. Dla mnie jednak udział w tym wspólnym śpiewaniu nadal pozostaje bezcenny i żadne tantiemy nic tu nie poradzą. I łezka się w oku kręci, że to już dziesięć lat minęło od tamtej pamiętnej nocy w dominikańskim refektarzu... :)

Zatem zerknijcie na tę stronę, bo może się okazać, że również jesteście nieuświadomionymi artystami. A płyty polecam, bo nieźle nam wyszły :)


wtorek, 4 stycznia 2011

Noworoczne zaćmienie


No tak. Nie dość, że ten czas tak szybko biegnie, to jeszcze natura funduje nam na dobry początek zaćmienie. Dobrze, że tylko słońca, a niekoniecznie umysłu... Muzeodajnia cieszyła się szczególnymi względami Nieba, bo zesłano nam mgłę na tyle gęstą, że posłużyła jako naturalny filtr do oglądania zaćmionego słoneczka. 80% zaćmienia to nie taka znów częsta sprawa, więc służbowo wybrałam się na uwiecznienie tego faktu. Nie wiadomo, kiedy trzeba będzie postraszyć krnąbrnych współpracowników jakąś wymyślną klątwą, a już starożytni Egipcjanie wiedzieli, że zaćmione słońce nieźle się do tego nadaje :)

Postanowiłam więc Państwa trochę postraszyć, tak dla wprawy. Poniżej parę fotek oraz dramatyczny film dokumentalny znad Łąk Nowohuckich.

Nowa Huta, godzina 9.35

 Ciemność ogarnia niepokornych... 
(to akurat nieprawda, bo tu już się robiło coraz jaśniej)


 „Coś zżera słońce”, triller, reż. God Almighty,
prod. Muzeodajnia Pictures, Nowa Huta 2011

wtorek, 30 listopada 2010

Jego Wysokość Krzysztof Kolumb Jagiellończyk


Historycy to sympatyczny naród, dostarczający rozrywki gawiedzi różnymi, sensacyjnymi odkryciami. Ostatnio niejaki Manuel Rosa, Portugalczyk z amerykańskiego uniwersytetu, puścił w świat wieść, że Krzysztof Kolumb nie był synem genueńskiego tkacza, ale (uwaga, uwaga) polskiego króla Władysława Warneńczyka! Który zamiast spokojnie polec pod Warną, pojechał sobie na Maderę i tam, posługując się fałszywym nazwiskiem Henryka Niemca (zdrajca!), poderwał piękną Portugalkę. I oto mamy Krzysia Kolumba :))) 

Wywody (i dowody) pana Rosy na temat pochodzenia odkrywcy ziem, na których stoi dziś jego uczelnia, są dość pokrętne, dlatego chce je podeprzeć dowodem ostatecznym. Zwrócił się więc na Wawel z prośbą o udostępnienie do badań kodu genetycznego Władysława Jagiełły, czyli domniemanego dziadka bohatera. Na efekty badań przyjdzie nam jednak trochę poczekać, więc w ramach wprawek analitycznych proponuję porównanie portretów rodzinnych zdjętych au naturel. Podobieństwo uderzające, nieprawdaż? :)
 

 
Dziadek...
... i wnuczek.

sobota, 30 października 2010

Święci z ulicy wzięci


Wprawdzie w radio nadają właśnie fragment znanej polskiej kolędy (ten Chopin jest wszędzie...), ale przed nami dopiero uroczystość Wszystkich Świętych. I chodząc sobie dziś po książce z ryjem, twarzoksiążce czy też fejzbuku, natknęłam się na link do galerii wielce interesujących obrazków. Pochodząca z Minnesoty artystka, Jessie DeCorsey, tworzy realistyczne portrety współczesnych ludzi i umieszcza je jakby we wnętrzu pseudowschodniej ikony albo obrazu rodem z epoki art nouveau. Powstają z tego intrygujące obrazki świętych (bo tak też je podpisuje), którzy niczym się nie różnią od współczesnych Amerykanów, których artystka pewnie co dzień mija na ulicy. I choć pod względem estetycznym obrazy te budzą jednak mój sprzeciw (realistycznie malowana czy tez fotografowana postać nie wtapia się w całość obrazu), to jednak samo przesłanie jest wspaniałe. Święci to ludzie tacy jak my, niektórzy żyją obok nas, tu i teraz, choć rzadko noszą aureolę. Prawda, że nie ona pierwsza wpadła na pomysł przedstawiania współczesnych w roli znanych świętych (przed nią było wielu, z moimi umiłowanymi prerafaelitami na czele), jednak warto co jakiś czas ostrzegać kolejne pokolenia: „uwaga, i ty możesz trafić na listę nowego Jakuba de Voragine!”.

św. Błażej 

wtorek, 20 kwietnia 2010

Szopdizajn


Muzyka Chopina obroni się sama, nawet przed dzisiejszym światem. To prawda, ale dobra reklama jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Dobra reklama, z pomysłem, z nutką absurdu i szaleństwa. I przede wszystkim estetyczna. Zatem jest szansa, że Rok Chopina zostanie w Polsce zauważony, w przeciwieństwie do minionego Roku Słowackiego, między innymi dzięki inteligentnej promocji. W Warszawie pojawiły się ławki grające utwory mistrza, w Krakowie można się potknąć o wściekle różowy fortepian... Już akcja plakatowa, rozpoczynająca obchody była zapowiedzią, że za kampanię reklamową wzięli się najlepsi kopyrajterzy. Portret Frycka w dresie z gustowną pięciolinią rozbawił mnie niezmiernie.



A to był dopiero początek. Bo dalej pojawiły się projekty innych plakatów, z najsmaczniejszym: „Zasmakuj Chopina”




A w wyniku konkursu na pamiątkę związaną z Rokiem Chopinowskim pojawiła się masa różnych, udanych i zupełnie chybionych, pomysłów na gadżety, z których moimi faworytami są kości Chopina (cóż, kości zostały rzucone i Rubikon obowiązkowej powagi przekroczony)




oraz odtwarzacz mp3 w kształcie fortepianu.




I na koniec zupełnie absurdalny porcelanowy nos Fryderyka, który podobno można założyć na własny, w bliżej mi nieznanym celu...


poniedziałek, 11 stycznia 2010

Zima pod palmami


Nie tylko polskich drogowców zima zaskakuje. Zaskoczyła też niczego nie podejrzewających Hiszpanów. Tak wygląda Santiago de Compostela na początku Roku Świętego 2010 r.:

Zdjęcie ze strony Kuby Pigóry (http://mypielgrzymi.com)

środa, 16 grudnia 2009

Potrzeba matką wynalazków


Zbliżają się Święta i Nowy Rok, a zatem czas wzmożonej działalności imprezowej w firmach, zakładach pracy, urzędach i tym podobnych przybytkach tajemniczej działalności ludzkiej. Takie, często obowiązkowe, spotkania w polskich firmach wciąż najczęściej zwane są opłatkowymi, ewentualnie świątecznymi, choć opłatków na nich raczej nie znajdziemy (doświadczenie osobiste dnia wczorajszego). Znajdziemy za to niezłą wyżerkę na koszt pracodawcy (ewentualnie składkową) oraz coraz częściej lampkę wina lub szampana. A wszystko to w zachodnim stylu standing party, gdzie stoły występują raczej symbolicznie. Co zatem zrobić z kłopotliwym ograniczeniem istoty dwuręcznej, utrudniającym spokojne delektowanie się jedzeniem i piciem? Problem rozwiązano niezwykle twórczo. Nie wiem czy wynalazek opatentowano, ale warto go zastosować w najbliższych dniach. Smacznego! :)


wtorek, 1 grudnia 2009

Krok po kroku, krok po kroczku...


... najpiękniejsze w całym roczku, idą święta. A do Nowej Huty już doszły! W Alei Róż, w miejscu Lenina stanęła wielka choinka, a wokół niej pojawiły się dziś kolorowe cudeńka, pełne wieżyczek i lepionych mniej lub bardziej nieporadnie figurek. Dziś w południe odbył się konkurs na szopkę krakowską z elementami architektury nowohuckiej. I znów Nowa Huta przoduje w Krakowie, bo na Rynku, pod Adasiem, konkurs dopiero w czwartek :)




piątek, 6 lutego 2009

Cudze chwalicie...


Czytając różnorodne recenzje słynnego ostatnio filmu "Księżna" w reżyserii Saula Dibb, traktującego o nieszczęśliwiej acz uroczej księżnie Georgianie Cavendish, a z drugiej strony przygotowując kolejną wystawę w Muzeodajni, natrafiłam na postać naszej własnej, słowiańskiej księżnej, choć inaczej tytułowanej.

A mowa o hetmanowej Izabeli z Poniatowskich Branickiej (1730-1808), zwanej również Panią Krakowską (mąż był między innymi kasztelanem krakowskim). Dziewczyna nie miała łatwego życia, a zaczęło się już we wczesnym dzieciństwie. Na chrzcie jej dano Elżbieta, ale moda na francuszczyznę była tak wielka, że całe życie używano jej imienia w wersji francuskiej. W wieku lat 18 została wydana za 59-letniego Jana Klemensa Branickiego (dla którego była już trzecią żoną), w celu przeciągnięcia go na stronę stronnictwa, w którym prym wiedli Czartoryscy z Poniatowskimi. Młodziutka panienka wpływu żadnego wywrzeć nie potrafiła, co za złe jej miała cała Familia. Pan mąż już po czterech latach znalazł ukojenie w ramionach bardziej doświadczonej damy, natomiast pani na pociechę zostało urządzanie rozkosznego pałacu w Białymstoku, w pełni zasługującego na chlubny tytuł Wersalu Podlasia. Mało tego, że nie przeciągnęła pana męża na stronę Familii, to jeszcze została przy nim, kiedy próbował konkurować z jej ulubionym młodszym braciszkiem Stasiem w wyścigu do korony królewskiej.

Skandalu zatem w rodzinie hetmańskiej nie było, ale pan mąż okazał czarną niewdzięczność, zakazując Izabeli po swojej śmierci wychodzić ponownie za mąż, pod karą utraty praw dożywotniego użytkowania dóbr rodowych (które i tak po jej śmierci mieli odziedziczyć Potoccy). Branicki zszedł szczęśliwie z tego padołu w 1771 r., Izabela wywiozła go do krypty rodzinnej w Krakowie, a sama zajęła się wdowim życiem w Białymstoku. Wdowim tylko publicznie, bo potajemnie wzięła ślub z jednym z największych amantów Rzeczypospolitej, Andrzejem Mokronowskim, z którym przeżyła parę w miarę szczęśliwych lat, zanim padł rażony apopleksją w Łazienkach warszawskich, niemal u stóp Stanisława Augusta. Izabela, jak na wielką damę o dobrym guście i światowych manierach przystało, nadal zajmowała się rozwojem kultury w swych dobrach, choć wielkimi krokami nadchodziły czasy wszelakiego upadku. Wkrótce Polskę dotknęły zabory, ukochany brat Izabeli musiał abdykować i wyjechać z kraju, co prawdopodobnie przyspieszyło jego śmierć. Okręg białostocki dostał się pod panowanie pruskie, a dochody z dóbr hetmańskich spadły tak drastycznie, że Izabela była zmuszona sprzedać pałac białostocki Prusakom. I to jeszcze nie koniec nieszczęść, które ją dotknęły, bo tuż przed jej śmiercią dobra podlaskie jeszcze raz zmieniły przynależność państwową, dostając się pod panowanie Rosjan. Zmarła w 1808 r., nie pozostawiając wprawdzie potomstwa, ale zostawiając wiele dobrych dzieł w postaci szkół, organizacji dobroczynnych oraz ze smakiem urządzonych rezydencji, pełnych wysokiej klasy dzieł sztuki wykonanych przez artystów, którym patronowała całe życie.

Pałac w Białymstoku, fot. AL

Czyż nie jest to doskonały materiał na scenariusz filmowy? Zadziwiające jest zatem, dlaczego dotąd nikt nie napisał jej biografii? Istnieje wprawdzie biogram w PSB*, ale napisał go potworny Konopczyński, a to gorzej niż by go w ogóle nie było... Nie istnieje też w Białymstoku żadna ulica jej imienia, a szkoła, którą założyła, nosi obecnie imię ks. Jabłonowskiej... Brak szczęścia ciągnie się za Izabelą również po śmierci...

A we mnie po raz kolejny zrodziło się pytanie: co robią polscy scenarzyści?!



PS Portrety Izabeli i króla Stasia, które ilustrują tę historię, w oryginale znajdują się w zbiorach Muzeum Narodowego w Krakowie.


* Informacja dla ludzi normalnych: PSB czyli Polski Słownik Biograficzny, takie polskie Who is Who przez wieki...