Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 lutego 2013

Historyczna zupa jarzynowa

Dawno Muzeodajnia nie donosiła niczego o muzeach, pora zatem nadrobić to zaniedbanie. Zwłaszcza że ostatnio nazbierało mi się sporo różnorodnych doświadczeń, którymi chętnie bym się podzieliła, ale leniwe zwierzę siedzące w mym wnętrzu skutecznie, jak dotąd, blokowało wszelkie wybuchy entuzjazmu pisarskiego. Jednak wczorajsza wizyta w krakowskim Muzeum Armii Krajowej coś we mnie przełamała, a czytelnicy odczują tego skutki.

Zacznijmy może od miejsca akcji, bo warto. Muzeum mieści się bowiem w głównym budynku dawnego zespołu dowódczo-aprowizacyjnego Twierdzy Kraków, wybudowanego na początku XX wieku, a obecnie świetnie odrestaurowanego i przystosowanego do potrzeb muzeum. Aranżacja wystawy również podkreśla militarną przeszłość tego wnętrza, czemu nie ma się co dziwić, skoro tematyka ekspozycji też jest mało pokojowa. Wspaniale prezentuje się zwłaszcza przykryty przeszklonym dachem dziedziniec czy masywne gabloty nawiązujące do metalowych elementów urządzeń twierdzy. Szkoda zatem, że wypełnienie tych przestrzeni nie odpowiada swojej oprawie.

Główne wejście do Muzeum Armii Krajowej. Dotrzeć tutaj,
zwłaszcza w czas roztopów, nie jest łatwo, ale może tak miało być.
W końcu o konspiracji sporo się tutaj mówi.

Bo dalej otrzymujemy nieźle zamieszaną, historyczną zupę jarzynową. Parter muzeum, a właściwie pomieszczenia wokół głównego dziedzińca, zostały przeznaczone przede wszystkim na opowieść o drugiej wojnie światowej. Zwiedzanie zaczynamy od kilku gablot wypełnionych pamiątkami z życia przedwojennego, co jest dość zrozumiałe ze względu na logikę opowieści. Szkoda tylko, że komentarz do tej garstki przypadkowo (mam wrażenie) zebranych obiektów został ograniczony do kilku lakonicznych podpisów. Żadnego tłumaczenia skąd taki wybór, jaka w tym tkwi myśl przewodnia. Trudno zatem sobie wyobrazić jak wyglądało życie w Polsce w przeddzień wybuchu wojny, a o to chyba autorom chodziło. Być może szerszy opis można było uzyskać po skorzystaniu z kodu QR, ale jako posiadacz normalnego telefonu „do dzwonienia” nie mogłam tego sprawdzić doświadczalnie. Tak, drodzy muzealnicy (i nie tylko), bywają jeszcze ludzie, dla których tego rodzaju nowinki techniczne są zbędnym balastem, dlatego rozwiązania konwencjonalne na podstawowym poziomie zwiedzania są nadal obligatoryjne.

W kolejnych pomieszczeniach starano się pokazać przebieg działań wojennych i różne aspekty życia podczas wojny. Pomysł jak najbardziej uzasadniony, bo wypada przedstawić okoliczności, w jakich Armia Krajowa powstała i działała. Nie jest to też muzeum drugiej wojny światowej (bo to dopiero powstaje na Westerplatte), zatem ten temat powinien być potraktowany odpowiednio krótko i jako tło dla tematu właściwego. Wiem, że trudno rozdzielić temat drugiej wojny od działań AK, dlatego bardzo mnie dziwi, że taki podział został wprowadzony. I co dostaje zwiedzający? Chaotyczną opowieść o wszystkim, którą zresztą w większości sam musi wydedukować z wystawionych eksponatów, dość skąpo podpisanych i sprawiających wrażenie magazynu szalonego kolekcjonera. A szkoda, bo zbiory to o ogromnej wartości. Tu może warto przypomnieć, że wystawianie na stałej ekspozycji oryginalnych fotografii czy rękopisów, zwłaszcza pisanych atramentem, jest niedopuszczalne w świetle zaleceń konserwatorskich. Okropnie też wyglądają poodpadane numerki uniemożliwiające identyfikację danego obiektu na spisie obok gabloty lub w ogóle brak takiego spisu. Poodklejane plansze ekspozycyjne też nie robią dobrego wrażenia. Zaś fotografie z drastycznymi scenami lepiej zawieszać wyżej, nie na poziomie oczu przeciętnego sześciolatka... Ale główny zarzut co do tej części ekspozycji to brak odpowiednich tekstów wprowadzających w tematykę danego aspektu wojny, którą komentują zgromadzone eksponaty. Teksty wyjaśniające pojawiają się, oczywiście, ale zazwyczaj są zbyt długie, a na dodatek umieszczone w taki sposób, że ciężko jest z nich skorzystać. Efekt jest taki, że po przejściu trasy ekspozycji na parterze muzeum zwiedzający ma niezły mętlik w głowie i nie bardzo wie, czego ma się spodziewać w kolejnej części.

A kolejna część eksponowana jest w podziemiach muzeum, co zrozumiałe, skoro opowiada o Polskim Państwie Podziemnym. Ogromna przestrzeń została podzielona na mniejsze fragmenty tworzące swoisty labirynt, w którym trzeba zwracać pilną uwagę na strzałki dyskretnie umieszczone na posadzce i na ścianach, żeby nie zagubić się w czasie i tematach. Nam się udało (zgubić oczywiście). Tutaj miałam wrażenie większego porządku, logicznej opowieści o genezie powstania Polskiego Państwa Podziemnego i jego armii, od pierwszego rozkazu powołującego formację do życia, poprzez jej przemiany w trakcie trwania działań wojennych, aż po rozkaz jej rozwiązania. Ta część wystawy również jest nasycona różnorakimi eksponatami, w dużej części należącymi do unikatów, choć ja wiem o tym dzięki objaśnieniom fachowca, z którym zwiedzałam muzeum, a nie z opisów zamieszczonych obok gablot. Wrażenie na zwiedzających robią za to ogromne makiety: brytyjskiego Halifaxa, z którego dokonywano zrzutów dla walczącej Armii Krajowej oraz przerażającej w swym ogromie rakiety V2. W tym drugim przypadku efekt psują jedynie niekończące się opisy, umieszczone na półprzezroczystych szybach, co dodatkowo zniechęca do ich czytania. Do mocnych stron tej części ekspozycji zaliczyłabym też biegnącą przez środek sali szklaną oś czasu, na której równolegle i bardzo czytelnie zaznaczone są działania niemieckie, sowieckie, polskiego rządu na uchodźstwie oraz Polskiego Państwa Podziemnego. To pozwala uporządkować dotychczas nabytą wiedzę, co udaje się również dzięki multimedialnej prezentacji działań wojennych, wyświetlanej w kolejnej sali na blacie przechylonego stołu. Podziemnej ekspozycji towarzyszą również ekrany wmontowane w ściany, na których można obejrzeć krótkie scenki zagrane współcześnie na potrzeby wystawy, łączące się tematycznie z daną częścią ekspozycji. Uruchamia się je specjalną kartą pobraną w kasie muzeum wraz z biletem i od zwiedzającego zależy, czy chce sobie rozszerzyć program zwiedzania czy zrezygnować. Jednak nasycenie wystawy takimi ekranami, a także ekranami dotykowymi, na których również znajdują się dodatkowe informacje (choć w wersji bardzo szczątkowej, jakby nie do końca dopracowane), powoduje, że pod koniec zwiedzania wszystkie multimedia już się pomija. Przesyt prowadzi do niestrawności.
Opowieść o Armii Krajowej i Polskim Państwie Podziemnym kończy się salą przesłuchań, gdzie zwiedzający na własnej skórze może poczuć ciężar wzroku niemieckiego i sowieckiego oprawcy. Zaś ostatnia przestrzeń wystawy poświęcona jest powojennym dążeniom do niepodległości, jako spuściźnie działań AK. Jednak tu wielowątkowość naszych dziejów ojczystych znów przerosła twórców wystawy i w efekcie serwują zwiedzającym ciężkostrawny i niezrozumiały miszmasz.

Pokój przesłuchań. Na zdjęciu tego nie widać, ale te postaci po prawej i lewej stronie
wpatrywały się w człowieka, przemawiając po rosyjsku i niemiecku.
Nie były to statyczne fotografie, tylko projekcje wideo na wyciętej
w kształt człowieka pleksi. Mocny akcent na zakończenie.

Czas na podsumowanie, a nie będzie ono optymistyczne. Nowocześnie zaaranżowany budynek, ekspozycja naszpikowana elektroniką oraz kilka instalacji scenograficznych to za mało, żeby wystawę nazwać nowoczesną. A zrezygnowanie z chronologii w opowieści nie czyni z niej wystawy narracyjnej, za to może wprowadzić chaos w głowach zwiedzających. Nie wszyscy wszak lubią korzystać z usług przewodnika muzealnego, który w tę sałatkę warzywną wprowadzi jakiś porządek. Chluby muzealnikom nie przynosi również niestaranność wykonania albo brak interwencyjnych napraw sypiącej się ekspozycji, zwłaszcza takiej, która liczy sobie zaledwie parę miesięcy. Wszystko to razem sprawia, że nie mogę polecić Wam tego muzeum, jako wartego odwiedzenia. Szkoda, bo przecież istnienie Polskiego Państwa Podziemnego wraz z jego armią zasługuje ze wszech miar na pamięć naszą i następnych pokoleń. A pamięć potrzebuje odpowiedniego nośnika, jakim mogłoby być odpowiednio przygotowane Muzeum Armii Krajowej.

sobota, 14 stycznia 2012

Patrz pod nogi


W ubiegłym tygodniu Muzeodajnia wybrała się na studyjną wyprawę za zachodnią granicę. 70 muzealników szturmowało Berlin od strony kulturalnej, próbując w ciągu niecałych dwóch dób zobaczyć wszystko, w tym co najmniej 4 muzea od środka. Niezwykle interesujące doświadczenie, którego nie potrafiła zepsuć nawet para niekompetentnych pilotów renomowanego biura podróży oraz miejscami huraganowy wiaterek. Nie od dziś wiadomo, że muzealnik to zwierzę radzące sobie w najtrudniejszych warunkach.

Niemiecka stolica to miasto, które ściąga wzrok turysty w górę. A to wieża telewizyjna stercząca po stronie wschodniej, a to kolumna ze złotym aniołem po stronie zupełnie przeciwnej. W Bramie Brandenburskiej, która w końcu jest szersza niż wyższa, akcentem skupiającym uwagę jest stojąca na górze kwadryga, powożona przez boginię, której dawni berlińczycy kazali się ubrać, żeby gołym tyłkiem nie gorszyła przybywających do miasta gości (co ciekawe, dziś ten zgrabny tyłek pewnie chętnie oglądaliby uczestnicy Parady Równości, odbywającej się właśnie po owej tyłkowej stronie bramy). A współczesna szklana architektura rozrasta się we wszystkich kierunkach, ale również z wyraźną inklinacją ku górze. To zaledwie kilka, za to znaczących przykładów.

Zatem wydawałoby się, że zwiedzanie Berlina w deszczu nie ma większego sensu. A tu niespodzianka. Kiedy się chodzi z nosem przy ziemi, można poznać takie miejsca, które w normalnym trybie zwiedzania są niemal niemożliwe do zauważenia. Ot, na ten przykład można się przejść po murze którego nie ma, nawet tego nie zauważając.

Nocą na murze pod Reichstagiem






 Ale nie o murze, którego nie ma, a jest, chciałam mówić. Jest w Berlinie pomnik niezwykły, choć przypominający wydarzenia haniebne, który nie jest widoczny w krajobrazie miasta. Trzeba dopiero stanąć nad nim, żeby go zobaczyć. Na pustym, brukowanym placu Forum Fridericianum, między (remontowaną właśnie) operą, dawną biblioteką (dziś uniwersytet) i katolicką katedrą św. Jadwigi kwadratowa tafla grubego szkła nakrywa ukryte w ziemi niewielkie, białe pomieszczenie z pustymi regałami na książki. Podobno zmieściłoby się tutaj dokładnie tyle woluminów, ile ich spalono w tym miejscu 10 maja 1933 roku.

Pusta Biblioteka...
Na wielkim stosie, rozpalonym tutaj przez niemieckich narodowych socjalistów zaledwie kilka miesięcy po dojściu Hitlera do władzy, płonęły dzieła żydowskich i „nieprawomyślnych” autorów, takich jak Albert Einstein, Ernest Hemingway, Thomas Mann, Jack London, Bertold Brecht czy Heinrich Heine. Ten ostatni w napisanym w 1821 roku dramacie Almansor zawarł takie zdanie: „To był tylko przedtakt; tam gdzie pali się książki, na końcu także ludzi palić będą”. Te prorocze słowa, choć oryginalnie mówiące o barbarzyńskim paleniu Koranu przez chrześcijańskich rycerzy w Hiszpanii, zostały wyryte na pamiątkowej tablicy umieszczonej nieopodal, jako wywołujące niepokój memento.  Niepokój, bo skoro historia powtórzyła się już po raz kolejny, to skąd pewność, że barbarzyńcy znów nie stoją u bram?


Ten niezwykły pomnik Michy Ullmana, odsłonięty w 1995 roku, pojawia się już w przewodnikach po Berlinie, choć znaleźć go niełatwo. Dopełnieniem jego oszczędnej formy jest znajdujący się nieopodal Bramy Brandenburskiej rozległy Pomnik Pomordowanych Żydów Europy. Zestawienie tych dwóch form to ostrzeżenie, że wielkie zło ma często niepozorne korzenie...

Są rzeczy, które lepiej widać w ciemności. Pusta Biblioteka nocą

środa, 23 lutego 2011

Brytyjczycy do kamer!


Literaci do piór, studenci do nauki, a Brytyjczycy do kręcenia filmów! Bo cóż można więcej powiedzieć po obejrzeniu najlepszego filmu, jaki ostatnimi czasy pojawił się w kinach? Szkoda strzępić sobie po próżnicy język, że dzieło genialne, pełne smaczków, miejscami patetyczne, ale nie pompatyczne, że rewelacyjna obsada, że aktorzy prześcigali się w doskonałości gry, że zdjęcia powalające (mnie jęk z gardła wyrwał widok głównej nawy opactwa westminsterskiego z lotu ptaka), że muzyka cudowna (ech, ten Beethoven!), bo o tym piszą i mówią wszystkie światowe media. Tak, to jest film o dramatycznych chwilach brytyjskiego imperium, o przełamywaniu własnej słabości, o trudnym obowiązku i odpowiedzialności, o przyjaźni wreszcie, która nie ma nic wspólnego z radosnym poklepywaniem się po plecach. Ale mnie po seansie pozostało, oczywiście obok zachwytów, współczucie dla królewskiej rodziny, pozbawionej uroków zwyczajnego życia. I tak się zastanawiam, czy aby na pewno powinno się dzieciom pozwalać na zabawę w księżniczki i królewiczów? W lukrowany świat, który z tym rzeczywistym nie ma wiele, a może nawet nic wspólnego? Takie krótkie spojrzenie za fasadę buckinghamskiego pałacu, za którą znaleźć można niezwykłe, bo królewskie przykłady okrucieństwa, strachu i samotności, wielu może uleczyć z zazdrości...



A mowa, oczywiście, o najnowszym dziele Toma Hoopera The King's Speech (dla jakiegoś powodu po polskiemu brzmi to Jak zostać królem... cóż, widocznie musi). To kolejny, po Królowej Stephena Frearsa, film o brytyjskiej rodzinie królewskiej, przedstawiający jej członków w ludzkim wymiarze. Jeśli ktoś jeszcze nie był, to koniecznie niech nadrobi tę zaległość. Naprawdę warto.

A jeśli o zazdrość chodzi, to czy kiedykolwiek polskie filmy, inspirowane polską historią osiągną taki poziom? Bym chciała...

wtorek, 30 listopada 2010

Jego Wysokość Krzysztof Kolumb Jagiellończyk


Historycy to sympatyczny naród, dostarczający rozrywki gawiedzi różnymi, sensacyjnymi odkryciami. Ostatnio niejaki Manuel Rosa, Portugalczyk z amerykańskiego uniwersytetu, puścił w świat wieść, że Krzysztof Kolumb nie był synem genueńskiego tkacza, ale (uwaga, uwaga) polskiego króla Władysława Warneńczyka! Który zamiast spokojnie polec pod Warną, pojechał sobie na Maderę i tam, posługując się fałszywym nazwiskiem Henryka Niemca (zdrajca!), poderwał piękną Portugalkę. I oto mamy Krzysia Kolumba :))) 

Wywody (i dowody) pana Rosy na temat pochodzenia odkrywcy ziem, na których stoi dziś jego uczelnia, są dość pokrętne, dlatego chce je podeprzeć dowodem ostatecznym. Zwrócił się więc na Wawel z prośbą o udostępnienie do badań kodu genetycznego Władysława Jagiełły, czyli domniemanego dziadka bohatera. Na efekty badań przyjdzie nam jednak trochę poczekać, więc w ramach wprawek analitycznych proponuję porównanie portretów rodzinnych zdjętych au naturel. Podobieństwo uderzające, nieprawdaż? :)
 

 
Dziadek...
... i wnuczek.

sobota, 25 września 2010

Historia Polski w osiem minut


EXPO w Szanghaju już się zakończyło, zatem w sieci pojawiła się długo oczekiwana pełna wersja eksportowego hitu polskiego pawilonu, czyli Animowana historia Polski według Tomka Bagińskiego. Zmieścić ponad tysiąc lat w ośmiu (i pół) minutach to wyczyn godny pochwały, zatem chwalę. Pora teraz trochę ponarzekać :)

Wprawdzie od strony technicznej animacja zrobiona jest nieźle, ale autorowi zdecydowanie lepiej wychodzą sceny batalistyczne (pewnie dlatego jest ich w tym filmie najwięcej) niż opowieści o życiu powszednim. Te ostatnie jakieś takie kanciate, przypominające animację gier komputerowych z ery przedshrekowej. Czyżby historia pozytywna była mniej malownicza niż mordobicie?

Oczywiście jest to film, który z konieczności operuje skrótami myślowymi i ma głównie robić wrażenie, a nie edukować narody o historii naszego kraju. Jednakowoż Animowanej historii Polski dobrze by zrobiło wprowadzenie większego optymizmu w fabułę. Bo teraz ma się wrażenie, że nasza historia to jedna wielka rąbanka z sąsiadami bliższymi i dalszymi (lub między sobą nawzajem). Śmiem przypuszczać, że jest to, niestety, efektem szkolnego programu nauczania, od bitwy do bitwy i od powstania do powstania...

Całkowicie jednak poraziła mnie płaska, mydlana końcówka w postaci flagi europejskiej, w którą przemienia się warszawskie(?) niebo. Okropny kicz, za który autorowi powinny się nocą śnić koszmary...

Ale niechże te minusy nie przesłonią nam plusów! Sami zobaczcie :)


czwartek, 15 lipca 2010

Twórczość w upale


Aura taka bardziej hiszpańska. Na chodniku przed Muzeodajnią dzielni bomberos uruchomili przenośną fontannę, którą niewdzięczni (i nieliczni) przechodnie ze wzgardą obchodzą szerokim łukiem. Aż się chce wyjść z biura i pojechać pod Grunwald...

A tymczasem ochłodzić mnie muszą wichry historii lokalnej, przelatującej ponad nowohucką ziemią. Wichry, które chłodzić musiały również rozgrzaną atmosferę dziejową. Bo czegóż tu nie ma? I rozgrzane piece wypalające garnki w jednym z największych podkrakowskich warsztatów rzemieślniczych na początku naszej ery. I potężny konflikt między cynicznym biskupem a wybuchowym, piętnastowiecznym antyklerykałem, domagającym się komunii sub utraque specie z przyczyn politycznych. Zamieszkiwali tu reformatorzy krakowskiego nauczania medycyny, którzy na włodarzach grodu Kraka wymogli między innymi zakaz wyrzucania z miasta panien z dziećmi, a także pewna bardzo odważna panna (tym razem bez dziecka), która za włączenie się w działalność patriotyczną polskich bohaterów została przez dobrotliwego Franza Josepha zesłana do twierdzy, z której żywa już nie wyszła. A o mały włos dziś przyjeżdżałyby tutaj wycieczki oglądać jedną z rezydencji Prezydenta II RP, gdyby po tragicznej śmierci Narutowicza głosy wyborcze rozłożyły się inaczej... Tak właśnie wielowątkowy jest Wadów.

Wszystko to teraz skrupulatnie spisuję, żeby Państwu zaprezentować już we wrześniu, na kolejnej wystawie o zapomnianych zakątkach Nowej Huty.

wtorek, 25 maja 2010

Fabryka Pamięci


Po długich przygotowaniach, walce z wszelakimi przeciwnościami, katorżniczej wręcz pracy i innych sympatycznych wydarzeniach nareszcie jest. Oficjalnie 10 czerwca Muzeodajnia straci swoje zaszczytne miano najmłodszego oddziału i przekaże koszulkę beniaminka Fabryce.

Miejsce historyczne, Fabryka Emalii Oskara Schindlera, już dziś przyciąga rzesze turystów, głównie dzięki filmowi Stevena Spielberga. Ale nie będzie to tylko pamiątka kinematografii. Nowa wystawa stała Kraków. Czas okupacji 1939-1945 to opowieść o pięciu wyjątkowych latach z życia miasta w jego różnorodnych kontekstach. Bo czas okupacji to nie tylko barykady i walki partyzantów. To przede wszystkim codzienne życie  ludzi: okupowanych i okupantów. To będzie muzeum złożone ze skrawków pamięci, zachowanej w dokumentach, dźwiękach, przedmiotach i pamięci żyjących jeszcze świadków. To miejsce, w którym będzie można nauczyć się pamiętać...

Trudno będzie powiedzieć o tym miejscu, że jest przyjemne (bo wojna, na szczęście, mało komu sprawia przyjemność), ale na pewno będzie to ważny punkt na mapie historycznego Krakowa, zdecydowanie warty odwiedzenia. Do czego i Państwa zachęcam. Już niedługo.



piątek, 30 października 2009

Pokój w Ziemi Świętej


Ponieważ w mojej ostatniej wakacyjnej podróży korzystałam z pewnych pomarańczowych linii lotniczych, których usługi zamawiałam internetowo, przysyłają mi teraz na skrzynkę mailową różne promocyjne oferty. Dziś przyszła taka: „Boże Narodzenie w Ziemi Świętej! Leć już za 71.99 GBP*!”. Cóż, oferta może i kusząca, ale nie w mojej strefie walutowej :)

Ale to nie cena tak mnie zaintrygowała, lecz jedno z haseł w treści promocji: „Zarezerwuj pokój dziś - zapłać jutro!”. Gra słów ciągle najlepiej opisująca sytuację w Mieście Pokoju i okolicach... Chcesz spędzić spokojne święta w Betlejem? Wykup sobie na ten czas chwilę pokoju. Tylko czym ci później przyjdzie za niego zapłacić...

Izraelczycy spróbowali wprowadzić pokój przez budowę wielkiego muru między strefą palestyńską a strefą „tylko dla Izraelczyków”. Słychać tu złośliwy chichot historii, dawne ofiary sięgają po metody oprawców... A już za kilka dni minie dwadzieścia lat od upadku muru berlińskiego, którą nasza część świata będzie pewnie szumnie świętować. Może warto przy tej okazji pamiętać o Palestyńczykach, którym tzw. cywilizowani sąsiedzi robią swoistą powtórkę z historii...

Sytuację w Palestynie komentuje na murach palestyńskich domów oraz na wyżej wspomnianym murze izraelskim, jeden z najbardziej intrygujących artystów-graficiarzy na świecie, tzw. Banksy. Powyżej graffiti z Betlejem.


piątek, 5 czerwca 2009

Pierwszy dzień kolejnego dwudziestolecia


To taki polski zwyczaj, dzielić historię ojczystą na kolejne dwudziestolecia. Poprzednie, przedwojenne, skończyło się nieciekawie. Miejmy nadzieję, że tym razem będzie lepiej :)

Jedno zdanie z wczorajszych uroczystości utkwiło mi w pamięci: zburzyliśmy komunizm, ale burzyć jest łatwo, teraz trzeba coś zbudować... Jeszcze parę lat temu nie uwierzyłabym, że będę cytować mądre słowa prezydenta Wałęsy... Ot, taki kolejny cud :)

Życzę nam wszystkim radosnego budowania!

środa, 27 maja 2009

Mit postępu


Świat pędzi naprzód, jakby go goniło stado głodnych wampirów. Myśl ludzka również biegnie, skacząc po górach. Pojawiają się w naszym życiu różne wynalazki, które, ogólnie rzecz biorąc, mają nam ułatwiać to życie. I ułatwiają, dlaczego nie. Tylko mnie ostatnio dopadła taka wizja:

Jest rok 4620. Grupa archeologów, eksplorująca bogate w znaleziska stanowisko w środkowej Europie, dotarła do warstwy kultury z początku XXI wieku. Rekonstruując profil społeczeństwa oraz poziom cywilizacyjny badanej społeczności archeolodzy doszli do wniosku, iż była to tajemnicza cywilizacja, która straciła umiejętność posługiwania się pismem, a nawet obrazem. Ze względu na bogaty materiał porównawczy z okresów wcześniejszych, naukowcy przypuszczają, iż pod koniec XX wieku nastąpiła nieznana katastrofa cywilizacyjna, po której ludy Europy przez wiele wieków odbudowywały na nowo swą bogatą kulturę piśmienniczą. Z powodu totalnego braku źródeł pisanych czy ikonograficznych, a nadmiaru tajemniczych plastikowych kart, cywilizację tę nazwano ludem plastikowych barbarzyńców.

Skąd taka apokaliptyczna wizja? Otóż, rozmawiając ostatnio z sympatycznym kustoszem działu starej fotografii, doszliśmy do wniosku, iż powszechność fotografii cyfrowej pozbawi naszych następców możliwości poznania naszych uroczych twarzy, naszych wspomnień z wakacji, ślubnych zdjęć itp. W przeciwieństwie do dziewiętnastowiecznych dagerotypów, dzisiejsze zdigitalizowane fotki powoli znikają z cyberświata. A mało kto przejmuje się robieniem odbitek (które i tak mają mniejszą gwarancję przetrwania, niż te sprzed stu lat...) czy fotografii tradycyjnymi metodami. Kto dziś jeszcze pisze listy? Maile i smsy mają motylą trwałość... A pamiętniki przeniosły się w cyfrowe przestrzenie blogów...

Stąd prośba do wszystkich: dajcie przyszłym badaczom choć cień szansy na poznanie bogactwa naszych myśli. Przecież warto!

piątek, 6 lutego 2009

Cudze chwalicie...


Czytając różnorodne recenzje słynnego ostatnio filmu "Księżna" w reżyserii Saula Dibb, traktującego o nieszczęśliwiej acz uroczej księżnie Georgianie Cavendish, a z drugiej strony przygotowując kolejną wystawę w Muzeodajni, natrafiłam na postać naszej własnej, słowiańskiej księżnej, choć inaczej tytułowanej.

A mowa o hetmanowej Izabeli z Poniatowskich Branickiej (1730-1808), zwanej również Panią Krakowską (mąż był między innymi kasztelanem krakowskim). Dziewczyna nie miała łatwego życia, a zaczęło się już we wczesnym dzieciństwie. Na chrzcie jej dano Elżbieta, ale moda na francuszczyznę była tak wielka, że całe życie używano jej imienia w wersji francuskiej. W wieku lat 18 została wydana za 59-letniego Jana Klemensa Branickiego (dla którego była już trzecią żoną), w celu przeciągnięcia go na stronę stronnictwa, w którym prym wiedli Czartoryscy z Poniatowskimi. Młodziutka panienka wpływu żadnego wywrzeć nie potrafiła, co za złe jej miała cała Familia. Pan mąż już po czterech latach znalazł ukojenie w ramionach bardziej doświadczonej damy, natomiast pani na pociechę zostało urządzanie rozkosznego pałacu w Białymstoku, w pełni zasługującego na chlubny tytuł Wersalu Podlasia. Mało tego, że nie przeciągnęła pana męża na stronę Familii, to jeszcze została przy nim, kiedy próbował konkurować z jej ulubionym młodszym braciszkiem Stasiem w wyścigu do korony królewskiej.

Skandalu zatem w rodzinie hetmańskiej nie było, ale pan mąż okazał czarną niewdzięczność, zakazując Izabeli po swojej śmierci wychodzić ponownie za mąż, pod karą utraty praw dożywotniego użytkowania dóbr rodowych (które i tak po jej śmierci mieli odziedziczyć Potoccy). Branicki zszedł szczęśliwie z tego padołu w 1771 r., Izabela wywiozła go do krypty rodzinnej w Krakowie, a sama zajęła się wdowim życiem w Białymstoku. Wdowim tylko publicznie, bo potajemnie wzięła ślub z jednym z największych amantów Rzeczypospolitej, Andrzejem Mokronowskim, z którym przeżyła parę w miarę szczęśliwych lat, zanim padł rażony apopleksją w Łazienkach warszawskich, niemal u stóp Stanisława Augusta. Izabela, jak na wielką damę o dobrym guście i światowych manierach przystało, nadal zajmowała się rozwojem kultury w swych dobrach, choć wielkimi krokami nadchodziły czasy wszelakiego upadku. Wkrótce Polskę dotknęły zabory, ukochany brat Izabeli musiał abdykować i wyjechać z kraju, co prawdopodobnie przyspieszyło jego śmierć. Okręg białostocki dostał się pod panowanie pruskie, a dochody z dóbr hetmańskich spadły tak drastycznie, że Izabela była zmuszona sprzedać pałac białostocki Prusakom. I to jeszcze nie koniec nieszczęść, które ją dotknęły, bo tuż przed jej śmiercią dobra podlaskie jeszcze raz zmieniły przynależność państwową, dostając się pod panowanie Rosjan. Zmarła w 1808 r., nie pozostawiając wprawdzie potomstwa, ale zostawiając wiele dobrych dzieł w postaci szkół, organizacji dobroczynnych oraz ze smakiem urządzonych rezydencji, pełnych wysokiej klasy dzieł sztuki wykonanych przez artystów, którym patronowała całe życie.

Pałac w Białymstoku, fot. AL

Czyż nie jest to doskonały materiał na scenariusz filmowy? Zadziwiające jest zatem, dlaczego dotąd nikt nie napisał jej biografii? Istnieje wprawdzie biogram w PSB*, ale napisał go potworny Konopczyński, a to gorzej niż by go w ogóle nie było... Nie istnieje też w Białymstoku żadna ulica jej imienia, a szkoła, którą założyła, nosi obecnie imię ks. Jabłonowskiej... Brak szczęścia ciągnie się za Izabelą również po śmierci...

A we mnie po raz kolejny zrodziło się pytanie: co robią polscy scenarzyści?!



PS Portrety Izabeli i króla Stasia, które ilustrują tę historię, w oryginale znajdują się w zbiorach Muzeum Narodowego w Krakowie.


* Informacja dla ludzi normalnych: PSB czyli Polski Słownik Biograficzny, takie polskie Who is Who przez wieki...


poniedziałek, 12 stycznia 2009

Nostalgia?


Dziś w Muzeodajni, oficjalnie zamkniętej, dzień edukacyjny spowodowany próbnymi maturami w szkołach. Wszelkie egzaminy szkolne są dla nas okresem żniw, bo gdzieś trzeba resztę dziatwy szkolnej skutecznie usunąć, ale jednocześnie zachować pozory, że nie jest to dzień wolny. I tu z pomocą przychodzi załoga Muzeodajni, która nudzi jak w szkole, ale za to w innym otoczeniu ;) Opowiadam więc dziś wyrośniętym młodzieńcom o urokach życia w szczęśliwie nam minionej epoce, ilustrując co ciekawsze fakty fotkami z wydarzeń, ot, choćby puste półki w sklepie, kilometrowa kolejka do Spożywczego lub zestaw kartek na różne artykuły. Dla nich to opowieści rodem z kiepskiej powieści fantastycznej, zupełnie nie do pojęcia rozumem przesiąkniętym konsumpcyjnym podejściem do życia. Absurdy PRLu nawet ich już nie śmieszą, bo nie są w stanie uwierzyć, że to nie fotomontaż, ale realne życie... I stąd uporczywe tłumaczenie, że kartki były cenniejsze niż wypłata, że Biedronka byłaby w tamtych czasach uznana za sklep marzeń, że w kolejkach stano nie z powodu promocji, ale ponieważ w ogóle towar do sklepu dotarł, choć i tak nie dla wszystkich starczy, więc kto pierwszy ten lepszy...



Tak się czepiam dzieciaków, ale właściwie to i reszta społeczeństwa zachorowała na amnezję. Przynajmniej takie mam wrażenie, kiedy widzę ekipę radośnie obwożącą trabantem turystów spragnionych dreszczyku emocji, który ma im dostarczyć "crazy communism tour". Ekipa ubrana oczywiście w koszulki z Leninem bądź Che, bo przecież trzeba się trzymać konwencji. To zresztą zastanawiające, że noszenie swastyki wiązałoby się z natychmiastowym potępieniem, natomiast jednoznacznie czerwona gwiazda jest witana pobłażliwie, z nutką sentymentu nawet... Nie jestem za ponurym wykładaniem martyrologii narodu i przekazywaniem młodzieży wiedzy o świecie minionym jedynie w tonie podniosłym, rapsodycznym. Ale gdyby tak filmy Barei puszczać w szkole z odpowiednim komentarzem (który dziś jest już koniecznością, tak jak komentarze do wczesnych książek Małgorzaty Musierowicz), to może udałoby się jeszcze tę nostalgię za PRLem przykroić do odpowiedniej formy?

Kartkę publikuję, żeby nie zapomnieć...

czwartek, 18 grudnia 2008

Piłowanie gałęzi


Wieść dość drastyczna, zwłaszcza dla tych, którzy zamierzają żyć na tyle długo, żeby doczekać strasznych czasów. Dzisiejszy tekst w "Rzeczpospolitej", napisany przez pana Andrzeja Nowaka, a dotyczący najnowszej reformy edukacji, która w życie wejdzie we wrześniu 2009 r., zatytułowany został "Prawdziwy koniec historii".

W skrócie można powiedzieć, że jest to reforma mająca na celu wychowanie człowieka świetnie poddającego się manipulacji, pozbawionego własnej tożsamości, poddanego jedynie słusznej unifikacji według wzorca europejskiego (na dodatek przechowywanego w Brukseli, a nie w Sevres, o której to miejscowości raczej się w szkole nie będzie uczyć). Bo czemu innemu służyć ma kastracja programów nauczania historii albo listy lektur obowiązkowych w szkołach mających wykształcić nowoczesnego Polaka? I jak będzie wyglądać społeczeństwo pod rządami tak wykształconych obywateli? Aż boję się myśleć...

Można rzec, że jest to doskonałe potwierdzenie tezy Fukuyamy o końcu człowieka, które urządzamy sobie własnymi rękoma za unijne pieniądze. Smutne. I straszne.