Demotywatory straciły ostatnio swój demotywujący, ironiczny pazur i stały się strasznie przemądrzałe. Ale czasem uda się znaleźć coś dającego do myślenia. Na przykład w temacie czytania książek. Człowiek wykorzystuje każdą możliwą chwilę, żeby dowiedzieć się, co dalej z jego ulubionymi (i nie) bohaterami, czyta w tramwaju, w kolejce do dentysty, przy jedzeniu i gdzie tylko się da. A każde przeczytane słowo zbliża go nieuchronnie do końca opowieści, kiedy odwróci ostatnią kartkę i zobaczy (lub nie) brutalne słowo „koniec”.
Stan, w którym się wówczas znajduje czytelnik, nazwałam sobie książkonostalgią, bo to trochę tak, że w momencie zamknięcia tylnej okładki stajemy się jakby emigrantami wygnanymi z ojczyzny. Nie ma już przy nas przyjaciół, z którymi zdążyliśmy się zżyć podczas długich godzin wspólnego czytania, krajobraz się zmienia, zapachy znikają, a bywa i tak, że z upalnej plaży wyrzuca nas prosto w śnieżną zamieć. I zazwyczaj nie ma dla nas ratunku, bo choć warto wracać wiele razy do ulubionych książek (polecam!), to za każdym razem koniec będzie taki sam: nakaz powrotu do rzeczywistości. A przecież po to czytamy książki, żeby je skończyć!
Trochę lepiej znosimy syndrom ostatniej strony, kiedy książka jest częścią większej całości i kiedy czeka na nas kolejny tom, choćby jeszcze nie napisany. Ale jeśli jest to ostatnia strona ostatniego tomu, bez szansy na kontynuację? Przypomnijcie sobie swój stan ducha po odstawieniu na półkę Pana Wołodyjowskiego albo Rilli ze Złotego Brzegu albo Pani Jeziora. Albo Pana Lodowego Ogrodu tom czwarty. W tym ostatnim przypadku stanu ducha nie poprawia kapiąca za oknem odwilż, która zaczęła się dokładnie w momencie zamknięcia książki. Tak, to właśnie jest książkonostalgia...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 29 stycznia 2013
poniedziałek, 21 stycznia 2013
Dotknięcie Lodowego Ogrodu
Często tak bywa, że prawdziwy mól książkowy (w całkowicie pozytywnym tego słowa znaczeniu) organizuje sobie warunki czytelnicze odpowiadające właśnie czytanej książce. Kiedy czytałam „Diunę” Franka Herberta, to cały dom pachniał kawą z cynamonem o wdzięcznej nazwie „Melange”. A innym razem moje kolana zostały dotkliwie przypalone lipcowym słońcem, bo zatonęłam w prusowym „Faraonie” i nie zauważyłam, że cień przemieścił się na drugą stronę świata. W końcu miało być upalnie... Przykładów można by mnożyć i pewnie każdy ma takie ulubione opowieści.
Ale bywa i tak, że natura sama stara się dostosować do naszych lektur. Bo jak inaczej nazwać to sprzężenie dzisiejszej pogody z czytanym właśnie czwartym tomem „Pana Lodowego Ogrodu”? A zatem uprzejmie przepraszam wszystkich, którzy mieli dziś problem z dotarciem do pracy. Obiecuję, że następnym razem wezmę się za opowieści z tropików.
Ale bywa i tak, że natura sama stara się dostosować do naszych lektur. Bo jak inaczej nazwać to sprzężenie dzisiejszej pogody z czytanym właśnie czwartym tomem „Pana Lodowego Ogrodu”? A zatem uprzejmie przepraszam wszystkich, którzy mieli dziś problem z dotarciem do pracy. Obiecuję, że następnym razem wezmę się za opowieści z tropików.
| Lodowy Kraków |
| Lodowe krzaczki o poranku dnia następnego. Cóż, ciągle jeszcze czytam... |
sobota, 14 stycznia 2012
Patrz pod nogi
W ubiegłym tygodniu Muzeodajnia wybrała się na studyjną wyprawę za zachodnią granicę. 70 muzealników szturmowało Berlin od strony kulturalnej, próbując w ciągu niecałych dwóch dób zobaczyć wszystko, w tym co najmniej 4 muzea od środka. Niezwykle interesujące doświadczenie, którego nie potrafiła zepsuć nawet para niekompetentnych pilotów renomowanego biura podróży oraz miejscami huraganowy wiaterek. Nie od dziś wiadomo, że muzealnik to zwierzę radzące sobie w najtrudniejszych warunkach.
Niemiecka stolica to miasto, które ściąga wzrok turysty w górę. A to wieża telewizyjna stercząca po stronie wschodniej, a to kolumna ze złotym aniołem po stronie zupełnie przeciwnej. W Bramie Brandenburskiej, która w końcu jest szersza niż wyższa, akcentem skupiającym uwagę jest stojąca na górze kwadryga, powożona przez boginię, której dawni berlińczycy kazali się ubrać, żeby gołym tyłkiem nie gorszyła przybywających do miasta gości (co ciekawe, dziś ten zgrabny tyłek pewnie chętnie oglądaliby uczestnicy Parady Równości, odbywającej się właśnie po owej tyłkowej stronie bramy). A współczesna szklana architektura rozrasta się we wszystkich kierunkach, ale również z wyraźną inklinacją ku górze. To zaledwie kilka, za to znaczących przykładów.
Zatem wydawałoby się, że zwiedzanie Berlina w deszczu nie ma większego sensu. A tu niespodzianka. Kiedy się chodzi z nosem przy ziemi, można poznać takie miejsca, które w normalnym trybie zwiedzania są niemal niemożliwe do zauważenia. Ot, na ten przykład można się przejść po murze którego nie ma, nawet tego nie zauważając.
![]() | |||||||
| Nocą na murze pod Reichstagiem |
![]() |
| Pusta Biblioteka... |
Ten niezwykły pomnik Michy Ullmana, odsłonięty w 1995 roku, pojawia się już w przewodnikach po Berlinie, choć znaleźć go niełatwo. Dopełnieniem jego oszczędnej formy jest znajdujący się nieopodal Bramy Brandenburskiej rozległy Pomnik Pomordowanych Żydów Europy. Zestawienie tych dwóch form to ostrzeżenie, że wielkie zło ma często niepozorne korzenie...
![]() |
| Są rzeczy, które lepiej widać w ciemności. Pusta Biblioteka nocą |
środa, 7 grudnia 2011
Co zrobić z książką?
Odpowiedź na powyższe pytanie wydaje się banalnie prosta: przeczytać! No tak, ale jeśli już się przeczytało i okazało się, że była to tylko przelotna znajomość? A tu miejsca na dobrych książkowych przyjaciół brakuje na półce... Co wtedy? Odpowiedzi jest kilka i żadna z nich nie należy do kategorii: „wyrzucić” (nawet na makulaturę).
Można na przykład oddać książkę w dobre i spragnione ręce. Jak co roku portal książkofilów, czyli BiblioNETka, przeprowadza akcję „Biblionetkołaj”, która daje gwarancję, że książka trafi do kogoś, kto naprawdę jej poszukuje. Cała zabawa jest bardzo prosta, bo zaczyna się od zarejestrowania się na BiblioNETce, jeśli ktoś jeszcze dotąd tego nie zrobił (a warto, nie tylko w czasie świątecznym). Następnie wyszukujemy w systemie książkę, którą chcemy oddać i sprawdzamy, kto ma ją w schowku pod szyldem: „poszukuję”. Poprzez zapytanie do mikołajowej śnieżynki (przez wysłanie wiadomości do tej zacnej niewiasty) dopytujemy się o adres spragnionego czytelnika, który sam go udostępni, jeśli będzie zainteresowany (a kto by nie był zainteresowany prezentem od Mikołaja?!). Potem zostaje nam już tylko udać się na pocztę i wysłać paczuszkę, żeby ktoś za parę dni mile się uśmiechnął :) Jeśli ktoś zdecyduje się na zabawę w Mikołaja (świętego czy też nie), to niech zajrzy tutaj. A jeśli tak się zdarzy, że to do Ciebie dotrze paczka od Biblionetkołaja, to warto mu podziękować w tym miejscu, bo osobiście jest to niemożliwe (jak to ze świętym Mikołajem bywa). Ja swój prezencik już dostałam i to nie po raz pierwszy, co powinno przekonać nieprzekonanych, że warto prowadzić schowek na BiblioNETce :)
![]() |
| maleńki fragment kiermaszu na najpiękniejszych krużgankach |
I jeszcze trzecia metoda, wcale nie ostatnia, ale może na niej poprzestanę: można oddać książki bibliotece w potrzebie. Łatwo taką znaleźć, bo niemal każda biblioteka pod tę kategorię podpada, ale niektóre są potrzebujące bardziej. 4 listopada doszczętnie spłonęła biblioteka w Kobułtach na północy Polski, przez co wiele osób zostało pozbawionych dostępu do książek. Można im pomóc w odtworzeniu księgozbioru, wystarczy dostarczyć książki do jednego z punktów zbiórek w Polsce. Wszelkie informacje na ten temat można znaleźć na fejzbuku (niestety, tylko dla zarejestrowanych...), gdzie dobrzy ludzie zorganizowali akcję zbieraczą.
A zatem - do dzieła!
poniedziałek, 7 listopada 2011
„Błogosławieni...
... którzy, nie mając nic do powiedzenia, nie ubierają tego w słowa”. To poniekąd wygodne usprawiedliwienie długiego milczenia (na przykład blogera) najlepiej oddaje sedno sprawy. Wczoraj na Targach Książki w Krakowie zauważyłam tendencję odwrotną, którą opisać można innym sparafrazowanym powiedzeniem: „Tyle książek drukują a czytać nie ma czego”. A zatem, po miesiącach milczenia, nadszedł czas na post narzekający.
Właściwie co roku po Targach Książki obiecuję sobie, że to już ostatni raz. Tłumy ludzi obijających się o siebie wzajemnie i skutecznie blokujących dojście do stoisk z książkami, obezwładniający zaduch tak zwanej hali wystawowej, którego głównym składnikiem zapachowym bynajmniej nie jest zapach nowej książki (ani nawet kawy, jak bywało w latach przeszłych) oraz wszechogarniający hałas, który jakoś nie kojarzy mi się z czytelnictwem to główne zarzuty wobec tego „święta książki”. Plus dość wysokie opłaty za wstęp, jeśli komuś nie udało się zdobyć darmowego zaproszenia, a co za tym idzie konieczność odstania swego w długiej kolejce. Jeśli do tego dodamy ceny książek, nawet wraz z rzadka pojawiającymi się promocjami, to do głowy ciśnie się pytanie: cóż mogą mi zaoferować wystawcy czego ja w internecie nie znajdę (i to za dużo niższą cenę)?
Sobota na Targach (fot. oficjalna)
Wydaje się więc, że Targi Książki są bardziej dla branżowców niż dla przeciętnego zjadacza książek. I wydaje się, że jedynie możliwość spotkania z autorami i to kilkoma naraz, pod jednym dachem, powoduje napływ takich tłumów (nawet jeśli niektórzy autorzy odgradzają się od fanów grupą rosłych ochroniarzy). Bo cóż innego kazałoby inteligentnym (skoro czytają książki) ludziom narażać się na takie przeżycia?
Dla mnie jedyna korzyść z tegorocznych targów to sympatyczne spotkanie pozatargowe w gronie osób znanych mi do tej pory jedynie wirtualnie. Bardzo przyjemne doświadczenie faktu, że Internet nie zawsze kłamie :)
środa, 17 sierpnia 2011
Koszmarny Portret
Nie ma książek moralnych lub niemoralnych. Są książki napisane dobrze lub źle. Nic więcej.
Jeśliby to twierdzenie Oskara Wilde'a zastosować do filmów, to wczoraj widziałam bardzo zły film. Skusiło mnie bowiem kino za szóstkę, a w nim najnowsza ekranizacja Portretu Doriana Graya w reżyserii Olivera Parkera. I był to błąd. Fantastyczną (bo należącą niewątpliwie do nurtu fantastyki) powieść Wilde'a przerobiono bowiem na politycznie poprawny, przydługawy i koszmarnie nudny horror. Scenarzystę (Toby'ego Finlaya) autor oryginału powinien do końca życia męczyć w koszmarach za wprowadzanie treści, których pierwowzór nie posiadał. Nie ukrywam, że bardzo lubię ów literacki pierwowzór, dlatego pewnie tak bardzo mnie wkurza jego przerabianie na krwawą miazgę. Czy filmowcy nie mogliby napisać sobie własnej opowieści, a jeśli wykorzystują cudzą, to czy nie mogliby szanować niezbywalnych praw autorskich? Zwłaszcza że autor nie żyje i nie może się już bronić wykreśleniem swego nazwiska z czołówki...
Chciałabym natomiast, żeby w ramach odtrutki Telewizja Polska wyemitowała Portret Doriana Graya z 1993 roku, w reżyserii Andrzeja Łapickiego. Chętnie go ponownie obejrzę. Być może też nie jest idealny, ale gorszym, niż ta nieudana brytyjska produkcja, na pewno być nie może...
Jan Peszek jako lord Henryk Wotton. Teatr Telewizji 1993
czwartek, 2 grudnia 2010
Stingologia
Ostatnio Mr Sumner zwany Stingiem wyziera zza każdego rogu. Co mnie osobiście akurat cieszy. Zaczęło się od koncertu na otwarcie stadionu w Poznaniu (na którym wczoraj Lech z Juventusem tarzali się w śniegu w pogoni za pomarańczową piłką), potem gruchnęła wieść, że Mistrz uświetni warszawski koncert z okazji 85-lecia Polskiego Radia, a ostatnio pewien stingofan ze Śląska zachwala rewelacyjny ponoć album z koncertu w Berlinie. O pomniejszych wydarzeniach nawet nie wspominam. Najwyższa więc pora, aby zimową drogę do i z pracy (która potrafi trwać nawet dwie i pół godziny pięknie zaśnieżonymi i zakorkowanymi ulicami Krakowa naszego kochanego) zaczęła mi umilać muzyka z zimowego albumu In Of A Winter's Night.
I wydawać by się mogło, że stingowe nasycenie atmosfery osiągnęło wartość krytyczną. Ale dziś znalazłam w niezawodnej sieci rzecz, która przywiodła mi na myśl św. Mikołaja z Choinką i Aniołkiem razem wzięte. Książeczka nie nowa już, bo wydana w 2007 roku, zawierająca teksty piosenek z odautorskim komentarzem Stinga (prezentacja poniżej). Więc gdyby ktoś nie miał co zrobić z dwudziestoma (około) dolarami, to polecam się wdzięcznej pamięci :)
PS Po dalszych poszukiwaniach w sieci okazało się, że mamy to w Polsce... I to nawet za niższą cenę, choć trzeba było dopłacić za tłumacza. Ot, zawiłości ekonomiczne polskiego rynku wydawniczego, których mój nieskomplikowany umysł humanisty nigdy chyba nie ogarnie. Wiadomość dla Mikołajów i im pokrewnych: polska wersja też może być, choć pewnie z uszczerbkiem dla mego rozwoju lingwistycznego :)
wtorek, 16 listopada 2010
Przenikanie światów
No i stało się. Mugole dowiedzieli się, gdzie pochowano Harry'ego Pottera i teraz tłumy turystów plątają się po cichym cmentarzu w Ramleh w centralnym Izraelu, po którym oprowadza ich pewien Ron (ciekawe, czy rudy?).
Wychodzi na to, że trzeba napisać inne zakończenie, niż zaproponowała nam pani Rowling. Młody (bo osiemnastoletni) czarodziej zginął w akcji przeciwko Voldemortowi w 1939 roku. Widocznie świstoklik przeniósł walczących z Anglii na teren Palestyny (Izrael jeszcze wtedy nie istniał). Miejmy nadzieję, że znajdzie się też grób Toma Marvolo Riddle'a, bo tylko wtedy świat będzie mógł zasnąć spokojnie...
wtorek, 31 sierpnia 2010
Dlaczego nie klasycy?*
Lubię Herberta. Jego sposób patrzenia na świat, który zamykał w swoich ascetycznych wierszach i wysmakowanych esejach. Był pisarzem o niewątpliwie dobrym smaku, wielkiej erudycji i świetnym, klasycznym wykształceniu. Taki Europejczyk w każdym calu, świadomy swych grecko-rzymskich korzeni. Judeochrześcijańska część jego natury pozostaje jakoś na drugim miejscu, ale i ona jest mocno obecna w utworach poety. Jednak w moim odczuciu greckich kolumn i marmurowych posągów bogów Olimpu jest tam zdecydowanie więcej niż strzelistych, kamiennych katedr czy bizantyńskiego przepychu mozaiki. I trudno się dziwić, w dawnej szkole klasyczna kultura była podstawą nauczania, ideałem, z którego pochodzi całe piękno, i do którego powinno się dążyć po latach zepsucia, zwłaszcza w dziedzinie sztuki (choć nie tylko). I Herbert jest wierny tej zasadzie, ale czyni to z takim wdziękiem, że trudno mieć o to do niego pretensje.
A ja nie przepadam za starożytną Grecją (a jeszcze bardziej za Rzymem). Obawiam się, że klasyczna kultura staje się dla mnie coraz bardziej obca. Jeszcze pamiętam większość bogów, ale herosi zdecydowanie uchodzą mojej pamięci. Wypalone słońcem szeregi kolumn jakoś nie wzbudzają dreszczu zachwytu. Z łacińskich tekstów wolę Salve Regina niż In nova fert animus, zaś o grece pojęcia nie mam, chyba że w wersji podpisów na starych ikonach lub przejmującego wołania: Hagios o Theos, Hagios Ischyros, Hagios Athanatos, eleison himas! wyśpiewywanego podczas uroczystej liturgii Wielkiego Piątku. Mój zachwyt wzbudzają raczej cięzkie, romańskie kościoły, z chropawym, ale potężnym śpiewem chorału odbijającym się w kamiennym wnętrzu, niż wysublimowana gra światła na ateńskich świątyniach z fletnią Pana w tle. A jeśli pielgrzymuję, to do Santiago, a nie do wyroczni delfickiej. Czy to już objawy barbarzyństwa?
Pociesza mnie myśl, że jednak nadal lubię Herberta :)
* Zapiski na marginesie Mistrza z Delft Zbigniewa Herberta (wyd. Zeszyty Literackie 2008)
czwartek, 1 lipca 2010
Piechotą na kraniec świata
Wrześniowy wieczór. Jeszcze jasno, bo w Hiszpanii słońce zachodzi później. Ale zamiast zachwycać się urodą galisyjskiego zmierzchu, mam ochotę gryźć i kopać. Chociaż nie, nie mam już na to siły... Od ponad godziny snujemy się asfaltową drogą pod górę, licząc że już za zakrętem pojawi się wytęsknione albergue, bo przecież z Lavacolla do Monte do Gozo jest tylko śmieszne 2 kilometry, a przynajmniej tak twierdzi autor naszego miniprzewodnika. Na dodatek znikają gdzieś przydrożne słupki, na których skrupulatnie odnotowywane są kilometry pozostałe do Santiago. O, są nareszcie jakieś budynki! No nie, to gmaszyska telewizji hiszpańskiej... Zatrzymajmy się na chwilę, a najlepiej w ogóle zostańmy tutaj. Ja dalej nie idę! No dobra, dobra, już się ruszam, ale to ostatnie podejście i naprawdę siądę i zacznę wyć...
Tak dowlokłyśmy się do Monte do Gozo - Wzgórza Radości, ostatniego przystanku pielgrzymów przed wejściem do Santiago de Compostela. Ale dla mnie to zawsze będzie wzgórze zwątpienia, które przyprawiłoby mnie o całkowitą rezygnację, gdyby Aśka nie zmusiła mnie do ostatecznego wysiłku. Kiedy dotarłyśmy wreszcie do recepcji ogromnego schroniska dla pielgrzymów, ja zamiast się cieszyć, ryczałam z wściekłości i bólu promieniującego z odbitej stopy do samego mózgu. Dopiero ciepły prysznic i smak San Miguela wypitego na zboczu wzgórza, z którego nawet za dnia nie było widać wież katedry św. Jakuba, uspokoiły nerwy na tyle, że nawet nocleg w pokoju z Niemkami już nie wyprowadził mnie z równowagi. No cóż, każdy się raduje jak potrafi...
Ale dopiero teraz, 5 lat od tamtych wydarzeń, dociera do mnie sens zawarty w całej sytuacji. Tak to już jest z Drogą, kto raz postawił na niej stopę, ten już nigdy nie przestanie pielgrzymować, nawet jeśli siedzi wygodnie w fotelu. Droga i tak się upomni o swoje i będzie Cię wzywać, aż znowu wyruszysz. Bo warto.
Doskonale o tym wiedzą Emilia i Szymon Sokolikowie, którzy rok temu wyruszyli z Saint-Jean-Pied-de-Port po francuskiej stronie Pirenejów, aby po 26 dniach wędrówki stanąć na Monte do Gozo, skąd do św. Jakuba z Composteli zbiega się o poranku następnego dnia. Swoje przeżycia, czasem podobne do tych opisanych powyżej, zawarli na blisko 400 stronach książki Do Santiago. O pielgrzymach, Maurach, pluskwach i czerwonym winie, wydanej przez Carta Blanca dosłownie przed chwilą. Ale to nie tylko ich wspomnienia, to także opowieści o pielgrzymach, świętych, cudach, królach i łotrach, architekturze katedr i małych kościółków, kulturze arabskiej i w ogóle fenomenie camino w jego ponad tysiącletniej tradycji, wplecione w pielgrzymią codzienność XXI wieku. A wszystko to okraszone całkiem praktycznymi uwagami dla wszystkich, którzy w tę tradycję zechcą się wpisać. Lektura wciąga niebywale, można nieopatrznie przejechać właściwy przystanek ;)
Już dawno żadna książka nie sprawiła mi takiej przyjemności!
środa, 21 kwietnia 2010
Isabelle, mon amour...
Rok temu marudziłam w tym miejscu, że mało kto pamięta o Izabeli z Poniatowskich Branickiej, kobiecie o skomplikowanym charakterze i nadzwyczaj bogatym życiorysie. Wprawdzie film oparty o tenże życiorys jeszcze nie powstał, ale w jej ukochanym Białymstoku pamiętają o niej poeci, a zwłaszcza jedna poetka, pani Krystyna Konecka. Dziś właśnie dotarł do mnie tomik poezji o wdzięcznym tytule Isabelle, mon amour... Ale! Tomik poezji to zbyt lakoniczne określenie tej pięknie wydanej książki. To nie tylko uczta dla ducha, ale i dla oczu, bo całość jest bogato ilustrowana fotografiami miejsc bliskich Izabeli, jej portretami oraz osób grających ważną rolę w jej życiu, fragmentami rękopisów, pamiątkami... A na dodatek całość jest tłumaczona na język angielski, aby rodacy księżnej Cavendish wiedzieli, że i Polacy swoją Panią Krakowską mieli!
Pani Krystyno - dziękuję!
piątek, 12 lutego 2010
Zabierz książki z biblioteki!
Książki drogie są, w dodatku nie tylko sercu, ale jeszcze bardziej kieszeni (lub portfelowi, zależy gdzie trzymasz swoją kartę płatniczą). Dlatego cieszy człowieka fakt, że sklepy internetowe robią przeceny, że istnieje Allegro oraz tunel „Magda” pod krakowskim dworcem. Ale w ostatecznym rachunku i tak stolica jest uprzywilejowana...
A to za sprawą Festiwalu Książek Przeczytanych, organizowanego w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego. Każdy, kto dotrze do tego, pięknego skądinąd, gmachu w najbliższą niedzielę w godzinach od 10.00 do 17.00 i zakupi bilet w wysokości ceny przeciętnej książki (czyli 20 zł), będzie mógł wybrać spośród 20 tysięcy woluminów tyle, ile zdoła unieść. Strażnik przy wejściu najwyżej się uśmiechnie. Można też przy okazji pozbyć się książek, które tylko zajmują miejsce na półce (za 20 egzemplarzy otrzymuje się 50% zniżkę na bilet :) ). Kto nie zdąży, następną szansę będzie miał za miesiąc.

Więc jeśli nie masz, droga Czytelniczko, drogi Czytelniku z Warszawy, planów na Walentynki, to ruszaj na randkę z książkami! A reszta Polski niech zazdrości albo weźmie przykład ze stolicy. Czasem warto :)
czwartek, 17 grudnia 2009
Zagrożone biblioteki
Dziś dotarł do mnie list z wydawnictwa Runa, stworzony przez pisarza Tomasza Piątka, w odpowiedzi na pomysły ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego dotyczące m.in. publicznych bibliotek w małych miejscowościach. Pozwalam sobie zamieścić ten list w całości, bo nie ma czasu do stracenia.
Panie Premierze,
My niżej podpisani - pisarze, tłumacze, redaktorzy, wydawcy, bibliotekarze i czytelnicy - protestujemy przeciwko planowanym zmianom w prawie pozwalającym na likwidację bibliotek w małych miejscowościach. Pan Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego Bogdan Zdrojewski twierdzi, że chodzi tu o łączenie niedochodowych bibliotek z innymi niedochodowymi instytucjami kulturalnymi, co ma obniżyć koszty ich utrzymywania. Kryterium dochodowości placówki kulturalnej, jaką jest biblioteka, użyte przez ministra kultury zdumiewa i wysoce niepokoi. Podzielamy obawy polskich bibliotekarzy, którzy słusznie widzą w tym zamysł likwidacji bibliotek.
Znamy dobrze polską rzeczywistość. Jeździmy po polskiej prowincji, do małych miejscowości i jeszcze istniejących małych bibliotek, jedynych w promieniu wielu kilometrów ośrodków kultury. Polski pisarz często nie ma innego sposobu dotarcia do czytelników. Zważywszy na niski poziom oferty kulturalnej mediów, w tym mediów publicznych, dla czytelników to jedyny żywy kontakt z autorami.To małe biblioteki są oazami, w których przetrwała sztuka czytania i sztuka rozmowy o książce. Biblioteki nie są - wbrew mniemaniu polskiej klasy politycznej - reliktem odchodzącego świata, o czym świadczy ich rola w Europie Zachodniej, gdzie liczba wypożyczeń z roku na rok rośnie.
Publicznie anonsowany przez ministra Zdrojewskiego zamiar przetworzenia bibliotek w „centra innowacyjności i kreatywności” okazuje się politycznym pustosłowiem. W roku 2009 w ramach programu mecenatu kulturalnego państwo przeznaczyło na biblioteki 2 miliony złotych. Czystą fikcją staje się program Biblioteka+, który do tej pory nie ma ani budżetu, ani harmonogramu wprowadzania w życie.Ten sam minister ogranicza wydatki na finansowanie bibliotek z budżetu ministerstwa w 2010 roku z założonych 40 milionów złotych do 10 milionów.
Panie Premierze, dwadzieścia lat temu byliśmy dwa razy biedniejsi, a stać nas było na biblioteki. Przez te dwadzieścia lat kraj bogacił się o kilka procent PKB rocznie.Teraz przy postępującym spadku czytelnictwa i groźbie funkcjonalnego analfabetyzmu okazuje się, że Polski nie stać ani na program walki z tymi zjawiskami, ani na utrzymanie bibliotek. Przez dwadzieścia lat wyeliminowaliśmy z programów szkolnych edukację kulturalną, zamykaliśmy czytelnie publiczne i nie uzupełnialiśmy dostatecznie zbiorów bibliotek. Polski nie stać na pełnienie roli niewyedukowanego pariasa Europy, Polaków na bycie narodem barbarzyńców. Wzywamy Pana, Panie Premierze, do działań, które zaświadczą, że podziela Pan nasze zdanie. Wzywamy do poszanowania Konstytucji RP, gwarantującej obywatelom dostęp do kultury.
Sami nie będziemy stać bezczynnie. Powołujemy Obywatelskie Forum Dostępu do Książki - forum dla wszystkich, którzy chcą uczestniczyć w walce ze spadkiem czytelnictwa, w pracach nad uzdrowieniem rynku książki i odrodzeniem bibliotek w Polsce. Do udziału w tym przedsięwzięciu zapraszamy wszystkich ludzi książki i czytelników.
Jeśli ktoś chciałby podpisać się pod tym listem, niech pisze do autora: kontakt (at) tomaszpiatek.pl lub step-1 (at) o2.pl
czwartek, 10 grudnia 2009
BiblioNETkołaj
Grudzień, czas niespodziewanych (i spodziewanych też) prezentów. I ja byłam grzeczną dziewczynką, bo pomimo grypy przybył do mnie Mikołaj. A dokładnie BiblioNETkołaj, przynosząc ze sobą biografię Jane Austen (okładka w załączeniu). To bardzo przyjemne uczucie, kiedy ze skrzynki pocztowej wyciągasz przyjemnie grubą paczuszkę :)A teraz o samym pomyśle BiblioNETkołajów. Na tym portalu, na którym ludzkość chwali się, jakie książki czyta albo szuka czy daną książkę przeczytać warto, od kilku lat w okolicy wspomnienia Świętego z Miry organizowana jest świetnie pomyślana akcja. Masz w domu książki, które niekoniecznie muszą Ci zapychać biblioteczkę? Sprawdź, kto z użytkowników BiblioNETki ma tę książkę w schowku pod hasłem „Poszukuję”. Następnie wyduś z administracji* (za pomocą prostego maila) dane adresowe delikwenta i wyślij paczkę do spragnionego daru grzecznego chłopczyka lub dziewczynki. Proste, a ile radochy daje, zarówno adresatowi jak i nadawcy :) Ostatecznie, nawet jeśli nie zależy Ci na sprawianiu innym radości, zrobisz sobie miejsce na półce na nowe prezenty, bez wyrzutów sumienia, że oddajesz książkę na makulaturę...
Akcja ciągle trwa. Ty też możesz zostać Świętym Mikołajem!**
* Dla zaniepokojonych, że następuje tu jakieś naruszenie tajności danych osobowych: spojrzyjcie w wyjaśniający komentarz poniżej i spokojnie dalej mikołajcie :)
** Gwiazdorem, Dziadkiem Mrozem, Gwiazdką, Aniołkiem, Dzieciątkiem i czym tam jeszcze chcesz, biorąc pod uwagę uwarunkowania geograficzne...
środa, 18 listopada 2009
Jesienna nowalijka
Wróciłam właśnie ze spotkania w Księgarni Hiszpańskiej, na którym ks. Andrzej Mojżeszko opowiadał o swoich przygodach na Wielkopolskiej Drodze Świętego Jakuba, po której pielgrzymował rok po naszej (mojej i Aśki) peregrynacji z Poznania do Jakubowa. To zadziwiające, jak podobne mamy wspomnienia, i te dobre i te mniej dobre :) W gabinecie ikonograficzno-podróżniczym zamieszczam link do kilku fotek z tej naszej wędrówki w 2007 roku, choć ze skąpymi opisami. Może kiedyś je uzupełnię...A ze spotkania wyszłam z prezentem, czyli jeszcze cieplutką i pachnącą farbą drukarską książeczką-pamiętnikiem ks. Andrzeja, napisaną piękną polszczyzną, a zarazem bardzo przystępnie. To zdecydowanie najnowsza książka o camino, a pierwsza zawierająca wspomnienia z polskich dróg. Taka niespodziewana nowość jesienna :) Połowę już przeczytałam, ba, połknęłam niemal! Jeśli ktoś zechce przeczytać, to niech w najbliższym czasie poszuka jej w dobrych księgarniach. Ewentualnie uśmiechnie się do mnie i ustawi w kolejce :)
wtorek, 3 listopada 2009
Czas odmierzany Savallem
Minęło dopiero pół roku od niezapomnianego wykonania Jerusalem w czasie festiwalu Misteria Paschalia, a tu kolejny krakowski festiwal, przygotowany przez Krakowskie Biuro Festiwalowe. Po raz pierwszy ruszył wczoraj Międzynarodowy Festiwal Literatury im. Josepha Conrada, powiązany z rozpoczynającymi się w czwartek Targami Książki. I od razu ruszył z przytupem, bo jako inaugurację wybrano Tous les matins du monde, koncert dedykowany autorowi Wszystkich poranków świata, Pascalowi Quignardowi. W magicznie oświetlonym (choć chłodnym) wnętrzu kościoła św. Katarzyny rozbrzmiewały wczoraj boskie dźwięki siedemnastowiecznej violi da gamba, na której wirtuozowsko grał mistrz Jordi Savall.

Poszczególne utwory przeplatane były fragmentami opowieści o panu de Saint Colombe, gambiście, i panu Marin Marais, pragnącym zgłębić tajniki gry na violi, odczytywane z pasją przez Krzysztofa Globisza. Przez chwilę mieliśmy możliwość przenieść się w czasie do XVII wieku, wystarczyło zamknąć oczy lub zapatrzyć się w niknące w ciemności sklepienie...
sobota, 6 czerwca 2009
Powroty
Pewnie znane jest Wam uczucie, kiedy po dłuższej nieobecności wracacie do ojczystego kraju? Albo miasta? To nie jest zwykła przyjemność czy radość, to splot różnych odczuć, które czasami trudno nawet nazwać. I ten specyficzny smaczek odkrywania na nowo znanych miejsc, poznawania na nowo dawno nie widzianych znajomych, zacieśniania więzi z odzyskanymi przyjaciółmi... Powrót to podobno najprzyjemniejszy element wyjazdu.
Tak samo jest z powrotem do ulubionych lektur czy też wykreowanych przez autora miejsc i światów, do żyjących w nich bohaterów, których nigdy nie ośmieliłabym się nazwać papierowymi. Ot, choćby taka wizyta u Borejków na poznańskich Jeżycach zawsze wyzwala u mnie ów "syndrom powrotu".
Ale obecnie wróciłam nieco dalej, do Siedmiu Królestw Westeros, trzymanych w ryzach przez władcę Żelaznego Tronu, pomiędzy wciąż walczące o wpływy rody Lannisterów, Baratheonów, Fossowayów i innych, poddanych potężnemu rodowi Targaryenów, władców smoków... Nie, wyczekiwana książka A Dance with Dragons Martina nie ukazała się jeszcze na polskim rynku. Za to dotarłam do opowiadania Wędrowny rycerz w trzecim tomie Retrospektywy, w którym autor opowiada o wydarzeniach na turnieju w Ashford, trzy pokolenia wcześniej niż słynna walka o tron (na zdjęciu Aegon V Targaryen, w opowiadaniu znany jako Jajo, wyrostek z królewskiego rodu, o którym nikt nawet nie myślał jako o przyszłym władcy; koniec spoilera :)). Zaś powrót do świata Siedmiu Królestw wywołał u mnie pragnienie powtórnego przeczytania niedokończonej sagi oraz sprowokował mnie do napisania tej nieco nostalgicznej notki :)Cóż, być może nadszedł czas, aby nabyć sobie dotychczasowe tomy Pieśni Lodu i Ognia na własność? Jakby ktoś kiedyś zastanawiał się nad prezentem dla mnie, to zachęcam :D
środa, 4 marca 2009
Najlepsza załoga Słonecznego
W Muzeodajni zmiana warty, nastał dla załogi nowy commander. Młoda, świeża krew. No cóż, wszystkie znaki na niebie i ziemi zwiastują rychłe nadejście wiosny, to nie ma się co dziwić, że nam zwierzchność młodnieje :) Póki co cała sytuacja przypomina wielkie, wiosenne porządki, co, trzeba uczciwie przyznać, należało nam się już od dawna. Załoga wybudzona z zimowego snu zaczyna przejawiać niezdrowy zapał do pracy. Te niepokojące objawy zauważyłam też u siebie... Ale spokojnie, jest duża szansa, że się wyleczę :)
A na dodatek w moje pulchne łapki wpadła mi ostatnio książka o wieszczym tytule: Najlepsza załoga Słonecznego Olega Diwowa. Oczywiście to fantastyka, ale czyż załoga Muzeodajni, mieszczącej się na uroczym* osiedlu o wdzięcznej nazwie Słoneczne, nie jest fantastyczna?! Choć mam nadzieję, że jednak w jakiejś niewielkiej części różni się od swego literackiego sobowtóra...
Żeby jednak nie było dnia bez narzekania, to muszę uprzejmie donieść, że tak zachwalane przeze mnie misteria piątkowe, w ubiegłym tygodniu nie odbyły się. I to pomimo tego, że osobiście się na nie wybrałam! Skandal, nieprawdaż?
* Dla porządku: Urocze to jednak jest osiedle sąsiednie, przynajmniej z nazwy...
wtorek, 24 lutego 2009
Pozytywnie :)
Dziś będzie pozytywnie (dziwnie, prawda?). W Muzeodajni odbył się wernisaż kolejnej wystawy, wszystko (no, prawie wszystko) zostało zrobione na czas, większych wpadek w przemowie Second-Wszechwładnego nie było, zatem dzień można zaliczyć do udanych. Ale nie dlatego będzie pozytywnie.
Cała sprawa rozbija się o odpowiednią lekturę. Parę dni temu nabyłam po promocyjnej cenie pierwszy tom zbioru opowiadań George'a R. R. Martina. Osobiście Martina czytać mogę zawsze i wszędzie. I wszystko. Oczywistym jest zatem, że nie mógł on długo leżeć na półce i czekać w grzecznie w kolejce. Porwałam go zachłannie, rzucając w kąt inne lektury. I to właśnie było to, a nie żadna coca-cola ;)Martin to jeden z tych pisarzy, który idealnie trafił w mój gust czytelniczy. Moja z nim znajomość nie rozpoczęła się, jak można by przypuszczać, od słynnej już i wciąż niedokończonej sagi Pieśń lodu i ognia, klasycznego fantasy w najlepszym tego słowa znaczeniu. Dziwnym trafem jako pierwsza jego książka wpadła mi w ręce twarda sf, czyli Światło się mroczy oraz genialne opowiadanie, podpadające już właściwie pod horror sf, czyli Piaseczniki (a może nawet opowiadanie było wcześniej?). I właściwie od pierwszych chwil było jasne: Martina można w każdej postaci :)
Rzecz w tym, że przeczytałam już wszystkie jego powieści, które były dostępne na polskim rynku. Pozostało zatem niecierpliwe oczekiwanie na A Dance with Dragons, czyli kolejny tom sagi, z którym autor zmaga się już od lat, albo sięgnięcie po ukazujące się na naszym rynku zbiory opowiadań, wydawane z odautorskim komentarzem o trudzie tworzenia. Wybrałam właśnie tę drugą opcję i nie żałuję. To takie miniaturki dobrego smaku, dzięki którym łatwiej znieść cierpienia oczekiwania na danie główne. Jeśli ktoś gustuje w dobrej literaturze, to serdecznie polecam. Tylko uwaga: to uzależnia ;)
środa, 28 stycznia 2009
Miesiąc zdawczo-odbiorczy
W Muzeodajni wariactwo nieprzeciętne. Wszędzie latają papiery z planami i sprawozdaniami, przemieszczają się kosztorysy, budżety i inne takie paskudy. Trudno w czymś takim się poruszać... Całe szczęście, że istnieje komunikacja miejska, w której spokojnie poczytać można :D

Skończyłam zatem, dzięki uprzejmości MPK w Krakowie, kolejną powieść pani Jane Austen, czyli Opactwo Northanger. Przyjemna lektura o niebezpieczeństwach wyobraźni oraz umiłowania starych ruin. Przestroga dla historyków: nie warto flirtować z Klio, bo potrafi przywalić na odlew. Ale to już wiedza pozaksiążkowa :D
Subskrybuj:
Posty (Atom)










