Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zamyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zamyślenia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 lutego 2013

Boże znaki


Benedictus... „którego posłannictwo Bóg potwierdził wam niezwykłymi czynami, cudami i znakami...” (Dz 2,22)

Tęcza nad Birkenau

wtorek, 29 stycznia 2013

Książkonostalgia

Demotywatory straciły ostatnio swój demotywujący, ironiczny pazur i stały się strasznie przemądrzałe. Ale czasem uda się znaleźć coś dającego do myślenia. Na przykład w temacie czytania książek. Człowiek wykorzystuje każdą możliwą chwilę, żeby dowiedzieć się, co dalej z jego ulubionymi (i nie) bohaterami, czyta w tramwaju, w kolejce do dentysty, przy jedzeniu i gdzie tylko się da. A każde przeczytane słowo zbliża go nieuchronnie do końca opowieści, kiedy odwróci ostatnią kartkę i zobaczy (lub nie) brutalne słowo „koniec”.

Stan, w którym się wówczas znajduje czytelnik, nazwałam sobie książkonostalgią, bo to trochę tak, że w momencie zamknięcia tylnej okładki stajemy się jakby emigrantami wygnanymi z ojczyzny. Nie ma już przy nas przyjaciół, z którymi zdążyliśmy się zżyć podczas długich godzin wspólnego czytania, krajobraz się zmienia, zapachy znikają, a bywa i tak, że z upalnej plaży wyrzuca nas prosto w śnieżną zamieć. I zazwyczaj nie ma dla nas ratunku, bo choć warto wracać wiele razy do ulubionych książek (polecam!), to za każdym razem koniec będzie taki sam: nakaz powrotu do rzeczywistości. A przecież po to czytamy książki, żeby je skończyć!

Trochę lepiej znosimy syndrom ostatniej strony, kiedy książka jest częścią większej całości i kiedy czeka na nas kolejny tom, choćby jeszcze nie napisany. Ale jeśli jest to ostatnia strona ostatniego tomu, bez szansy na kontynuację? Przypomnijcie sobie swój stan ducha po odstawieniu na półkę Pana Wołodyjowskiego albo Rilli ze Złotego Brzegu albo Pani Jeziora. Albo Pana Lodowego Ogrodu tom czwarty. W tym ostatnim przypadku stanu ducha nie poprawia kapiąca za oknem odwilż, która zaczęła się dokładnie w momencie zamknięcia książki. Tak, to właśnie jest książkonostalgia...

czwartek, 24 listopada 2011

La Capella Reial del Cielo


Nie zaśpiewała na tegorocznym festiwalu Misteria Paschalia w Krakowie, choć organizatorzy do końca nie wykreślali jej z programu. Już wiemy, że więcej nie zaśpiewa. Montserrat Figueras, kobieta o niezwykłym głosie, zmarła wczoraj. Pewnie dostała już angaż do Królewskiego Zespołu Nieba, dla którego zostawiła Katalonię. Nam szczęśliwie pozostały nagrania. I wspomnienia. ¡Muchas gracias, Señora! ¡A Dios!


wtorek, 14 czerwca 2011

Nocne życie Krakowa


Dawno nie marudziłam, więc najwyższy czas to nadrobić. Od jakiegoś czasu zastanawiam się nad fenomenem projektu Krakowskich Nocy. Co też ludzi ściąga nocą do placówek, które przecież dostępne są na co dzień, a niektóre w ogóle ze swej istoty działają późną porą?

Za nami już Noc Muzeów, podczas której w mało komfortowych warunkach tłumy ludzi przebiegają sale muzealne (a raczej przeciskają się przez spory tłoczek), które w warunkach normalnych raczej świecą pustkami. Fakt, w niektórych miejscach przygotowuje się "program specjalny", ale przeglądając ulotkę trudno trafić na jakieś fajerwerki, raczej są to corocznie powtarzane "iwenty", które przeważnie przeszkadzają w normalnym zwiedzaniu wystawy. A zatem Noc Muzeów jest dla osób, które od tych instytucji oczekują czegoś więcej niż wystawy, w nocnym anturażu i to za darmo.

Idźmy dalej. W najbliższy łikend czeka nas Noc Teatrów (spokojnie, zdobycie darmowych wejściówek jest już praktycznie niemożliwe). I znów w większości przypadków są to spektakle, które w krakowskich teatrach można zobaczyć w trybie normalnym, o ile dorwie się bilety, które jednak są nieco bardziej dostępne niż wejściówki na najbliższą noc (i sporo droższe). Dla kogo zatem Noc Teatrów? Czy tylko dla oszczędnych? I to takich, którzy nie pracują, bo wejściówki są dostępne we wtorek od godziny 9.00 i rozchodzą się praktycznie w ciągu dwóch godzin.

Poza tym cyklem Krakowskich Nocy, ale też nocą, można było ostatnio zwiedzać wszystkie krakowskie synagogi. I tu mam więcej zrozumienia, ponieważ na co dzień kilka z tych obiektów jest trudno dostępnych, zatem jest to okazja aby nadrobić zaległości w zwiedzaniu. Tylko cały efekt może popsuć rycząca ponad wszelkie dopuszczalne normy poziomu decybeli muzyka, która do sakralnego bądź co bądź wnętrza pasuje jak pięść do nosa... Może szczególnym bodźcem do zwiedzania synagog była możliwość wygrania nagrody za zebranie pieczątek niemal ze wszystkich miejsc udostępnionych tej nocy? Nie wiem, wydawało mi się, że osób polujących jedynie na pieczątki, nie zainteresowanych zwiedzaniem wnętrza, było niewiele. Więc może jednak świeżość tego pomysłu przeważyła nad korzyściami materialnymi.

Przed nami jeszcze Noc Jazzu, Noc Sakralna i Noc Poezji, a każda przyciąga rzesze wyznawców. A mnie wciąż nie daje spokoju pytanie - dlaczego tylko nocą?

Na zdjęciu koncert w synagodze Tempel, nieco mniej ryczący (ale tylko nieco) niż ten, który miał miejsce w Starej Bożnicy

czwartek, 28 kwietnia 2011

Royal Wedding Sick Bag


Postny czas Muzeodajni, liczony chyba nawet według starszego rytu, bo dłuższy niż 40 dni, czas zakończyć. Jakoś tak się dzieje, że najciekawsze obserwacje przychodzą ostatnio z jakże nam wszystkim bliskich Wysp. A ponieważ już jutro Sam-Wiesz-Jaka uroczystość, zatem najwyższy czas na pomarudzenie i w tej wdzięcznej kwestii. Swoją drogą wcale się nie dziwię, że Brytyjczycy nie chcą się pozbyć monarchii, skoro przynosi im ona tyle niezamierzonej radości :)

Jak zwykle w takich okolicznościach pojawiło się sporo gadżetów ślubnych, od poduszek, koszulek, podkładek pod śniadanie, kubków itp. drobnicy, aż po luksusową pościel i pewnie sporo innych bardzo potrzebnych rzeczy. Oczywiście wszystko z motywem serduszek, girland kwiatowych, Union Jacków i portretów (już nie tak) młodej pary. Ot, choćby taki kubulek:

Początkowo biznes kręcił się nieźle, w końcu taki pamiątkowy gadżet to jakiś znak czasu, a ludzie ostatnio jakoś historią bardziej się interesują. Zatem kupowano, a co za tym idzie produkowano temu podobne drobiazgi bez opamiętania. W pewnym momencie proste wzory przestały wystarczać i zaczęły pojawiać się napisy o większym ładunku oryginalności (tłumaczenie z wolnej stopy, dla tych, którzy wolą języki romańskie, z zachowaniem poprawności politycznej):

 Gdybym tylko poszła/poszedł do St Andrew's...
(uczelnia, na której Kate i Wills studiowali)

 To powinnam/powinienem być ja...

W każdym razie oszczędziłam/łem się dla Harry'ego

Jednak w ostatnich tygodniach media jak zwykle przedobrzyły. Ślub książątka opanował wszystkie kanały, wszystkie szpalty i zaczął wylewać się bez ograniczeń na ulice. Nie ma się zatem co dziwić, że Wyspiarze zareagowali z właściwym sobie humorem:

 Nie jestem kubkiem na królewski ślub

 Mało mnie obchodzi królewski ślub


 Dzięki za darmowe wolne dni. Czterodniowa popijawa
ku czci Jego Wysokości księcia Williama i Kate Middletown



 Chrzań ten ślub. Walcz z cięciami (budżetowymi)


 A tu dłuższa opowieść, oda do kubka (sic!), w skrócie:
co się tak cieszysz? Jak się rozejdą, wylądujesz w śmietniku...


Ukoronowaniem dzieła znużonych żartownisiów są takie oto torebki pierwszej potrzeby, które należy mieć przy sobie w piątek, na wypadek, gdyby kogoś zemdliło z nadmiaru ślubnych wieści...



A ja tylko nieśmiało przypominam, że w naszej kochanej ojczyźnie już w niedzielę Sami-Wiecie-Jaka uroczystość. Jesteście przygotowani?

wtorek, 16 listopada 2010

Przenikanie światów


No i stało się. Mugole dowiedzieli się, gdzie pochowano Harry'ego Pottera i teraz tłumy turystów plątają się po cichym cmentarzu w Ramleh w centralnym Izraelu, po którym oprowadza ich pewien Ron (ciekawe, czy rudy?).


Wychodzi na to, że trzeba napisać inne zakończenie, niż zaproponowała nam pani Rowling. Młody (bo osiemnastoletni) czarodziej zginął w akcji przeciwko Voldemortowi w 1939 roku. Widocznie świstoklik przeniósł walczących z Anglii na teren Palestyny (Izrael jeszcze wtedy nie istniał). Miejmy nadzieję, że znajdzie się też grób Toma Marvolo Riddle'a, bo tylko wtedy świat będzie mógł zasnąć spokojnie...

sobota, 30 października 2010

Święci z ulicy wzięci


Wprawdzie w radio nadają właśnie fragment znanej polskiej kolędy (ten Chopin jest wszędzie...), ale przed nami dopiero uroczystość Wszystkich Świętych. I chodząc sobie dziś po książce z ryjem, twarzoksiążce czy też fejzbuku, natknęłam się na link do galerii wielce interesujących obrazków. Pochodząca z Minnesoty artystka, Jessie DeCorsey, tworzy realistyczne portrety współczesnych ludzi i umieszcza je jakby we wnętrzu pseudowschodniej ikony albo obrazu rodem z epoki art nouveau. Powstają z tego intrygujące obrazki świętych (bo tak też je podpisuje), którzy niczym się nie różnią od współczesnych Amerykanów, których artystka pewnie co dzień mija na ulicy. I choć pod względem estetycznym obrazy te budzą jednak mój sprzeciw (realistycznie malowana czy tez fotografowana postać nie wtapia się w całość obrazu), to jednak samo przesłanie jest wspaniałe. Święci to ludzie tacy jak my, niektórzy żyją obok nas, tu i teraz, choć rzadko noszą aureolę. Prawda, że nie ona pierwsza wpadła na pomysł przedstawiania współczesnych w roli znanych świętych (przed nią było wielu, z moimi umiłowanymi prerafaelitami na czele), jednak warto co jakiś czas ostrzegać kolejne pokolenia: „uwaga, i ty możesz trafić na listę nowego Jakuba de Voragine!”.

św. Błażej 

czwartek, 21 października 2010

Smutno...


Nie będzie o wynikach konkursu chopinowskiego, proszę się nie obawiać. Będzie smutniej. Oto fotka, którą znalazłam na stronie Kasi:


Jedyny komentarz, który przychodzi mi do głowy: „Jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie” (Łk 13,5).

wtorek, 31 sierpnia 2010

Dlaczego nie klasycy?*


Lubię Herberta. Jego sposób patrzenia na świat, który zamykał w swoich ascetycznych wierszach i wysmakowanych esejach. Był pisarzem o niewątpliwie dobrym smaku, wielkiej erudycji i świetnym, klasycznym wykształceniu. Taki Europejczyk w każdym calu, świadomy swych grecko-rzymskich korzeni. Judeochrześcijańska część jego natury pozostaje jakoś na drugim miejscu, ale i ona jest mocno obecna w utworach poety. Jednak w moim odczuciu greckich kolumn i marmurowych posągów bogów Olimpu jest tam zdecydowanie więcej niż strzelistych, kamiennych katedr czy bizantyńskiego przepychu mozaiki. I trudno się dziwić, w dawnej szkole klasyczna kultura była podstawą nauczania, ideałem, z którego pochodzi całe piękno, i do którego powinno się dążyć po latach zepsucia, zwłaszcza w dziedzinie sztuki (choć nie tylko). I Herbert jest wierny tej zasadzie, ale czyni to z takim wdziękiem, że trudno mieć o to do niego pretensje.

A ja nie przepadam za starożytną Grecją (a jeszcze bardziej za Rzymem). Obawiam się, że klasyczna kultura staje się dla mnie coraz bardziej obca. Jeszcze pamiętam większość bogów, ale herosi zdecydowanie uchodzą mojej pamięci. Wypalone słońcem szeregi kolumn jakoś nie wzbudzają dreszczu zachwytu. Z łacińskich tekstów wolę Salve Regina niż In nova fert animus, zaś o grece pojęcia nie mam, chyba że w wersji podpisów na starych ikonach lub przejmującego wołania: Hagios o Theos, Hagios Ischyros, Hagios Athanatos, eleison himas! wyśpiewywanego podczas uroczystej liturgii Wielkiego Piątku. Mój zachwyt wzbudzają raczej cięzkie, romańskie kościoły, z chropawym, ale potężnym śpiewem chorału odbijającym się w kamiennym wnętrzu, niż wysublimowana gra światła na ateńskich świątyniach z fletnią Pana w tle. A jeśli pielgrzymuję, to do Santiago, a nie do wyroczni delfickiej. Czy to już objawy barbarzyństwa?

Pociesza mnie myśl, że jednak nadal lubię Herberta :)


* Zapiski na marginesie Mistrza z Delft Zbigniewa Herberta (wyd. Zeszyty Literackie 2008)

czwartek, 10 czerwca 2010

Zbyt trudne?


Czy nikt z Państwa nie ma ochoty na wycieczkę z przewodnikiem? Ja rozumiem, komary... Ale to da się przeżyć :) A jeśli konkurs krajoznawczy jest zbyt trudny, to podpowiadam: proszę szukać w Krakowie... Na odpowiedzi oczekuję do niedzieli!

wtorek, 8 czerwca 2010

Nie mogłam się oprzeć :)


Przed chwilą Pani Doktor przesłała mi taką oto cudowność. Nie mogłam tego zachować dla siebie, pomimo drastyczności wyrazu. Bo jak tu się nie podzielić? :)


sobota, 31 października 2009

Noc Samhain lubo też Dziady


Skończył się październik a listopad jeszcze nie nadszedł. Te kilka godzin nocnych należy do błąkających się po świecie duchów. Słowiańskie zagubione dusze schodziły się na wezwanie guślarza na obrzęd dziadów, nęcone rozkładanym dla nich miodem i ziarnem. Żeby trafiły tej nocy w miejsca, które znały za życia, zapalano dla nich ogień na rozstajnych drogach. Ogień odstraszał też upiory, dlatego nasi przodkowie rozpalali na uroczyskach ogniska. Znicze, które teraz stawiamy na grobach, to pozostałość naszej pogańskiej przeszłości, odpowiednio zasymilowana przez chrześcijaństwo.


Celtowie w noc Samhain spodziewali się odwiedzin nie tylko zmarłych, ale też tych, którzy się jeszcze nie urodzili. Dusze miały się błąkać po tym łez padole, szukając na najbliższy rok wygodnego do zamieszkania ciała. Dlatego każdy normalny człowiek zamykał się w domu, wygaszał ogień na kominie, aby ciepło i blask nie zwabiły żądnych wygód duszyczek. Jeśli już ktoś musiał wybrać się w podróż, to ubierał się jak włóczęga, w obszarpane ubranie, zniechęcając tym duszę do zainteresowania obleczonym łachmanami ciałem. Ale żeby nie było, że Celtowie byli mniej gościnni od Słowian, to oni też wystawiali przed domem poczęstunek dla gości z zaświatów.



Po celtyckim świecie tej nocy także włóczyły się upiory, zatruwając wszystkie pozostałe na polach i w lasach artykuły spożywcze, dlatego od dzisiejszej nocy nie można już było zjadać jagódek leśnych, chyba że ktoś miał ochotę powiększyć grono przyszłorocznych zagubionych duszyczek. Czasami za upiory przebierały się miejscowe łobuziaki, żeby postraszyć co bardziej sceptycznych obywateli. Dziś naśladują ich dzieciaki, które w ramach Halloween „straszą” głównie w amerykańskich miasteczkach, dostając w zamian dużo niezdrowych słodyczy. Celtowie w Samhain nie wypuściliby swoich dzieci za próg...


Dzisiejszej nocy cienka granica pomiędzy światami zdaje się zanikać. Przeszłość miesza się z przyszłością i teraźniejszością. Dlatego też to odpowiedni czas na wróżby: lanie wosku, rzucanie obierek z jabłka i to wszystko, co dziś zastrzeżone (nie wiedzieć czemu) dla wigilii św. Andrzeja.

O świcie dusze powrócą w swój wymiar, a chrześcijaństwo znów nadejdzie, wraz z niezliczonymi zastępami świętych. Jednak dzisiejszej nocy dziwnie mnie ciągnie do moich pogańskich korzeni...


Zdjęcia zrobione dzisiejszej nocy na cmentarzu Rakowickim w Krakowie

piątek, 30 października 2009

Pokój w Ziemi Świętej


Ponieważ w mojej ostatniej wakacyjnej podróży korzystałam z pewnych pomarańczowych linii lotniczych, których usługi zamawiałam internetowo, przysyłają mi teraz na skrzynkę mailową różne promocyjne oferty. Dziś przyszła taka: „Boże Narodzenie w Ziemi Świętej! Leć już za 71.99 GBP*!”. Cóż, oferta może i kusząca, ale nie w mojej strefie walutowej :)

Ale to nie cena tak mnie zaintrygowała, lecz jedno z haseł w treści promocji: „Zarezerwuj pokój dziś - zapłać jutro!”. Gra słów ciągle najlepiej opisująca sytuację w Mieście Pokoju i okolicach... Chcesz spędzić spokojne święta w Betlejem? Wykup sobie na ten czas chwilę pokoju. Tylko czym ci później przyjdzie za niego zapłacić...

Izraelczycy spróbowali wprowadzić pokój przez budowę wielkiego muru między strefą palestyńską a strefą „tylko dla Izraelczyków”. Słychać tu złośliwy chichot historii, dawne ofiary sięgają po metody oprawców... A już za kilka dni minie dwadzieścia lat od upadku muru berlińskiego, którą nasza część świata będzie pewnie szumnie świętować. Może warto przy tej okazji pamiętać o Palestyńczykach, którym tzw. cywilizowani sąsiedzi robią swoistą powtórkę z historii...

Sytuację w Palestynie komentuje na murach palestyńskich domów oraz na wyżej wspomnianym murze izraelskim, jeden z najbardziej intrygujących artystów-graficiarzy na świecie, tzw. Banksy. Powyżej graffiti z Betlejem.


piątek, 28 sierpnia 2009

Przyjaciel


Jest z nami od 15 lat. Czasem trudno sobie wyobrazić, jak to było, zanim do nas przybył. I jak to będzie, kiedy odejdzie... Kiedy choruje, to nawet upalne lato zamienia się w listopadową ciemność. Kiedy zdrowieje, nawet poranne mgły wydają się radosne.

Dlaczego psy muszą żyć krócej niż ludzie? To będzie jedno z pierwszych pytań, jakie Panu Bogu zadam po tamtej stronie...



Oto Kacper


środa, 27 maja 2009

Mit postępu


Świat pędzi naprzód, jakby go goniło stado głodnych wampirów. Myśl ludzka również biegnie, skacząc po górach. Pojawiają się w naszym życiu różne wynalazki, które, ogólnie rzecz biorąc, mają nam ułatwiać to życie. I ułatwiają, dlaczego nie. Tylko mnie ostatnio dopadła taka wizja:

Jest rok 4620. Grupa archeologów, eksplorująca bogate w znaleziska stanowisko w środkowej Europie, dotarła do warstwy kultury z początku XXI wieku. Rekonstruując profil społeczeństwa oraz poziom cywilizacyjny badanej społeczności archeolodzy doszli do wniosku, iż była to tajemnicza cywilizacja, która straciła umiejętność posługiwania się pismem, a nawet obrazem. Ze względu na bogaty materiał porównawczy z okresów wcześniejszych, naukowcy przypuszczają, iż pod koniec XX wieku nastąpiła nieznana katastrofa cywilizacyjna, po której ludy Europy przez wiele wieków odbudowywały na nowo swą bogatą kulturę piśmienniczą. Z powodu totalnego braku źródeł pisanych czy ikonograficznych, a nadmiaru tajemniczych plastikowych kart, cywilizację tę nazwano ludem plastikowych barbarzyńców.

Skąd taka apokaliptyczna wizja? Otóż, rozmawiając ostatnio z sympatycznym kustoszem działu starej fotografii, doszliśmy do wniosku, iż powszechność fotografii cyfrowej pozbawi naszych następców możliwości poznania naszych uroczych twarzy, naszych wspomnień z wakacji, ślubnych zdjęć itp. W przeciwieństwie do dziewiętnastowiecznych dagerotypów, dzisiejsze zdigitalizowane fotki powoli znikają z cyberświata. A mało kto przejmuje się robieniem odbitek (które i tak mają mniejszą gwarancję przetrwania, niż te sprzed stu lat...) czy fotografii tradycyjnymi metodami. Kto dziś jeszcze pisze listy? Maile i smsy mają motylą trwałość... A pamiętniki przeniosły się w cyfrowe przestrzenie blogów...

Stąd prośba do wszystkich: dajcie przyszłym badaczom choć cień szansy na poznanie bogactwa naszych myśli. Przecież warto!

środa, 1 kwietnia 2009

Z ostatniej chwili


Dla wszystkich zagonionych: tak wygląda polskie, wiosenne morze...



Plaża w gdańskim Brzeźnie i to nie jest żart primaaprilisowy...


środa, 18 marca 2009

Przedwiosenna nostalgia


Za oknem dmie lodowaty wicher, smętnie padają krupy śniegowe i nic nie wskazuje na to, że w piątek ma nadejść wiosna. Kwiatki, które już wychylały swoje łebki z ziemi, nagle zastygły niezdecydowane, czemu ja się specjalnie nie dziwię. Bo to w końcu taki czas, kiedy najprzyjemniej jest usiąść w zaciszu wygodnego fotela, z książką w ręce i kawą w bliskiej odległości (zamiennie może być aromatyczna herbata lub grzaniec galicyjski), włączyć jakąś miłą smoothjazzową płytę i zatonąć w lekturze...

Można też zatonąć w przyjemnych wspomnieniach, w czym pomocne mogą być albumy ze zdjęciami. Mnie dziś dopadły nostalgiczne myśli z powodu jednego wpisu na „Bardzo starej biblioteczce”, w którym aż czuć zapach słonecznej Hiszpanii. Tęsknota za Drogą, za żółtymi strzałkami i bocadillos, za upalną drogą w południe i smakiem dojrzałej brzoskwini zajadanej w cieniu kamiennych ruin kościółka, nawet za galicyjskim smrodem kiszonki...

A droga wiedzie wprzód i wprzód, skąd się zaczęła, tuż za progiem...” Bilbo Baggins miał rację – niebezpiecznie jest pozwolić stopom podążyć ścieżką, bo kto raz wyruszył w Drogę, już nigdy się od niej nie uwolni...


Camino de Santiago, wrzesień 2005 r., fot. AL


środa, 25 lutego 2009

Dzień w fioletach


No i koniec karnawału. Od dziś będzie więcej czasu na przyhamowanie tempa życia i nieco głębsze zastanowienie się nad samym sobą. Przynajmniej w teorii jest tego czasu dużo. Zawsze w Popielec wydaje mi się, że 40 dni to niemal bezkresny ocean czasu, a potem jakoś tak cichcem-chyłkiem i do tego błyskawicznie przychodzi Wielki Tydzień. I z roku na rok te sześć tygodni wydaje się kurczyć niemal do mgnienia oka. Ot, taka to względność czasu.

Moim (bardzo skromnym) zdaniem, taki fioletowo-popielny dzień, jak dzisiaj, dzień ścisłego postu (jeden z dwóch w ciągu całego roku), taki relikt przeszłości, bardzo tradycyjny i konserwatywny, przez co zupełnie nieatrakcyjny dla współczesnych ludzi, jest właśnie nam, współczesnym, do szczęścia potrzebny. Dzień poważny, i owszem, ale nie smętny. Takie mocne uderzenie, które wybija nas z codziennego rytmu.

A poza tym dzisiejszy dzień to taka brama do swoistego muzeum kultury, które jest tym bardziej niezwykłe, że wciąż żywe. To czas, kiedy w kościołach śpiewa się pieśni ze starych śpiewników, kiedy odżywają dawne misteria. Co ciekawe, te najstarsze pieśni i zapomniane już niemal misteria, najbardziej lubi młodzież. Jeśli ktoś nie wierzy, to niech się przejdzie w któryś z najbliższych piątków do krakowskiej bazyliki św. Trójcy, tak około godziny 20.00. W pięknej scenerii dominikańskich krużganków młodzi ludzie z duszpasterstwa szkół średnich co tydzień odgrywają średniowieczne Misterium Męki Pańskiej.


To taka wcześniejsza wersja znanej z naszych kościołów Drogi Krzyżowej, podczas której uczestnicy wędrują za krzyżem po różnych miejscach kościoła, a miejsce współczesnych rozważań, czytanych przy każdej stacji, zajmują dawne pieśni oraz śpiewana przez diakonów i kapłana Ewangelia, miejscami komentowana również poprzez użycie prostych rekwizytów. Jeśli dodamy do tego naturalne oświetlenie w postaci świec oraz brak mikrofonów, to otrzymujemy "produkt" zbliżony do słynnych przedstawień Scholi Teatru Węgajty. Podobny, ale jednak inny, bo tutaj w każdym momencie możesz przestać być jedynie widzem, a stać się jednym z uczestników misterium. Potrzeba tylko odrobiny otwartości na metafizykę.