Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wystawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wystawa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 lutego 2013

Historyczna zupa jarzynowa

Dawno Muzeodajnia nie donosiła niczego o muzeach, pora zatem nadrobić to zaniedbanie. Zwłaszcza że ostatnio nazbierało mi się sporo różnorodnych doświadczeń, którymi chętnie bym się podzieliła, ale leniwe zwierzę siedzące w mym wnętrzu skutecznie, jak dotąd, blokowało wszelkie wybuchy entuzjazmu pisarskiego. Jednak wczorajsza wizyta w krakowskim Muzeum Armii Krajowej coś we mnie przełamała, a czytelnicy odczują tego skutki.

Zacznijmy może od miejsca akcji, bo warto. Muzeum mieści się bowiem w głównym budynku dawnego zespołu dowódczo-aprowizacyjnego Twierdzy Kraków, wybudowanego na początku XX wieku, a obecnie świetnie odrestaurowanego i przystosowanego do potrzeb muzeum. Aranżacja wystawy również podkreśla militarną przeszłość tego wnętrza, czemu nie ma się co dziwić, skoro tematyka ekspozycji też jest mało pokojowa. Wspaniale prezentuje się zwłaszcza przykryty przeszklonym dachem dziedziniec czy masywne gabloty nawiązujące do metalowych elementów urządzeń twierdzy. Szkoda zatem, że wypełnienie tych przestrzeni nie odpowiada swojej oprawie.

Główne wejście do Muzeum Armii Krajowej. Dotrzeć tutaj,
zwłaszcza w czas roztopów, nie jest łatwo, ale może tak miało być.
W końcu o konspiracji sporo się tutaj mówi.

Bo dalej otrzymujemy nieźle zamieszaną, historyczną zupę jarzynową. Parter muzeum, a właściwie pomieszczenia wokół głównego dziedzińca, zostały przeznaczone przede wszystkim na opowieść o drugiej wojnie światowej. Zwiedzanie zaczynamy od kilku gablot wypełnionych pamiątkami z życia przedwojennego, co jest dość zrozumiałe ze względu na logikę opowieści. Szkoda tylko, że komentarz do tej garstki przypadkowo (mam wrażenie) zebranych obiektów został ograniczony do kilku lakonicznych podpisów. Żadnego tłumaczenia skąd taki wybór, jaka w tym tkwi myśl przewodnia. Trudno zatem sobie wyobrazić jak wyglądało życie w Polsce w przeddzień wybuchu wojny, a o to chyba autorom chodziło. Być może szerszy opis można było uzyskać po skorzystaniu z kodu QR, ale jako posiadacz normalnego telefonu „do dzwonienia” nie mogłam tego sprawdzić doświadczalnie. Tak, drodzy muzealnicy (i nie tylko), bywają jeszcze ludzie, dla których tego rodzaju nowinki techniczne są zbędnym balastem, dlatego rozwiązania konwencjonalne na podstawowym poziomie zwiedzania są nadal obligatoryjne.

W kolejnych pomieszczeniach starano się pokazać przebieg działań wojennych i różne aspekty życia podczas wojny. Pomysł jak najbardziej uzasadniony, bo wypada przedstawić okoliczności, w jakich Armia Krajowa powstała i działała. Nie jest to też muzeum drugiej wojny światowej (bo to dopiero powstaje na Westerplatte), zatem ten temat powinien być potraktowany odpowiednio krótko i jako tło dla tematu właściwego. Wiem, że trudno rozdzielić temat drugiej wojny od działań AK, dlatego bardzo mnie dziwi, że taki podział został wprowadzony. I co dostaje zwiedzający? Chaotyczną opowieść o wszystkim, którą zresztą w większości sam musi wydedukować z wystawionych eksponatów, dość skąpo podpisanych i sprawiających wrażenie magazynu szalonego kolekcjonera. A szkoda, bo zbiory to o ogromnej wartości. Tu może warto przypomnieć, że wystawianie na stałej ekspozycji oryginalnych fotografii czy rękopisów, zwłaszcza pisanych atramentem, jest niedopuszczalne w świetle zaleceń konserwatorskich. Okropnie też wyglądają poodpadane numerki uniemożliwiające identyfikację danego obiektu na spisie obok gabloty lub w ogóle brak takiego spisu. Poodklejane plansze ekspozycyjne też nie robią dobrego wrażenia. Zaś fotografie z drastycznymi scenami lepiej zawieszać wyżej, nie na poziomie oczu przeciętnego sześciolatka... Ale główny zarzut co do tej części ekspozycji to brak odpowiednich tekstów wprowadzających w tematykę danego aspektu wojny, którą komentują zgromadzone eksponaty. Teksty wyjaśniające pojawiają się, oczywiście, ale zazwyczaj są zbyt długie, a na dodatek umieszczone w taki sposób, że ciężko jest z nich skorzystać. Efekt jest taki, że po przejściu trasy ekspozycji na parterze muzeum zwiedzający ma niezły mętlik w głowie i nie bardzo wie, czego ma się spodziewać w kolejnej części.

A kolejna część eksponowana jest w podziemiach muzeum, co zrozumiałe, skoro opowiada o Polskim Państwie Podziemnym. Ogromna przestrzeń została podzielona na mniejsze fragmenty tworzące swoisty labirynt, w którym trzeba zwracać pilną uwagę na strzałki dyskretnie umieszczone na posadzce i na ścianach, żeby nie zagubić się w czasie i tematach. Nam się udało (zgubić oczywiście). Tutaj miałam wrażenie większego porządku, logicznej opowieści o genezie powstania Polskiego Państwa Podziemnego i jego armii, od pierwszego rozkazu powołującego formację do życia, poprzez jej przemiany w trakcie trwania działań wojennych, aż po rozkaz jej rozwiązania. Ta część wystawy również jest nasycona różnorakimi eksponatami, w dużej części należącymi do unikatów, choć ja wiem o tym dzięki objaśnieniom fachowca, z którym zwiedzałam muzeum, a nie z opisów zamieszczonych obok gablot. Wrażenie na zwiedzających robią za to ogromne makiety: brytyjskiego Halifaxa, z którego dokonywano zrzutów dla walczącej Armii Krajowej oraz przerażającej w swym ogromie rakiety V2. W tym drugim przypadku efekt psują jedynie niekończące się opisy, umieszczone na półprzezroczystych szybach, co dodatkowo zniechęca do ich czytania. Do mocnych stron tej części ekspozycji zaliczyłabym też biegnącą przez środek sali szklaną oś czasu, na której równolegle i bardzo czytelnie zaznaczone są działania niemieckie, sowieckie, polskiego rządu na uchodźstwie oraz Polskiego Państwa Podziemnego. To pozwala uporządkować dotychczas nabytą wiedzę, co udaje się również dzięki multimedialnej prezentacji działań wojennych, wyświetlanej w kolejnej sali na blacie przechylonego stołu. Podziemnej ekspozycji towarzyszą również ekrany wmontowane w ściany, na których można obejrzeć krótkie scenki zagrane współcześnie na potrzeby wystawy, łączące się tematycznie z daną częścią ekspozycji. Uruchamia się je specjalną kartą pobraną w kasie muzeum wraz z biletem i od zwiedzającego zależy, czy chce sobie rozszerzyć program zwiedzania czy zrezygnować. Jednak nasycenie wystawy takimi ekranami, a także ekranami dotykowymi, na których również znajdują się dodatkowe informacje (choć w wersji bardzo szczątkowej, jakby nie do końca dopracowane), powoduje, że pod koniec zwiedzania wszystkie multimedia już się pomija. Przesyt prowadzi do niestrawności.
Opowieść o Armii Krajowej i Polskim Państwie Podziemnym kończy się salą przesłuchań, gdzie zwiedzający na własnej skórze może poczuć ciężar wzroku niemieckiego i sowieckiego oprawcy. Zaś ostatnia przestrzeń wystawy poświęcona jest powojennym dążeniom do niepodległości, jako spuściźnie działań AK. Jednak tu wielowątkowość naszych dziejów ojczystych znów przerosła twórców wystawy i w efekcie serwują zwiedzającym ciężkostrawny i niezrozumiały miszmasz.

Pokój przesłuchań. Na zdjęciu tego nie widać, ale te postaci po prawej i lewej stronie
wpatrywały się w człowieka, przemawiając po rosyjsku i niemiecku.
Nie były to statyczne fotografie, tylko projekcje wideo na wyciętej
w kształt człowieka pleksi. Mocny akcent na zakończenie.

Czas na podsumowanie, a nie będzie ono optymistyczne. Nowocześnie zaaranżowany budynek, ekspozycja naszpikowana elektroniką oraz kilka instalacji scenograficznych to za mało, żeby wystawę nazwać nowoczesną. A zrezygnowanie z chronologii w opowieści nie czyni z niej wystawy narracyjnej, za to może wprowadzić chaos w głowach zwiedzających. Nie wszyscy wszak lubią korzystać z usług przewodnika muzealnego, który w tę sałatkę warzywną wprowadzi jakiś porządek. Chluby muzealnikom nie przynosi również niestaranność wykonania albo brak interwencyjnych napraw sypiącej się ekspozycji, zwłaszcza takiej, która liczy sobie zaledwie parę miesięcy. Wszystko to razem sprawia, że nie mogę polecić Wam tego muzeum, jako wartego odwiedzenia. Szkoda, bo przecież istnienie Polskiego Państwa Podziemnego wraz z jego armią zasługuje ze wszech miar na pamięć naszą i następnych pokoleń. A pamięć potrzebuje odpowiedniego nośnika, jakim mogłoby być odpowiednio przygotowane Muzeum Armii Krajowej.

środa, 24 października 2012

Wspomnienie lata

Olaboga! To już koniec października?! Kiedy ten czas minął? Podobno przed końcem świata czas przyśpiesza, to by się zgadzało z obserwacją :) Patrząc na zdjęcia, dochodzę jednak do wniosku, że wiele się działo od zimnego początku lata.

Po pierwsze dopadło nas Euro 2012, a nas, Krakowian, w szczególności. Muzealnicy przez miesiąc zaglądali w prywatne życie Synów Albionu, których to chyba szybko zmęczyło, bo wcześnie pojechali do domu :) Ale Holendrzy zrezygnowali z krakowskich atrakcji jeszcze szybciej. Za to solny klimat Wieliczki nieźle służył Włochom, którzy najdłużej pozostawali w grze. Cóż, w Krakowie są ciekawsze obiekty niż stadiony :)

Z okazji meczu reprezentacji Włoch
Adaś nosił trójkolorową kokardę :)

W lipcu wybrałyśmy się nad polskie morze, napawać się jodowym powietrzem, spacerując brzegiem Bałtyku tam i z powrotem. Pomimo pięknych widoków nikomu nie polecam „wypoczynku” w kołobrzeskim kurorcie... Za to warto wybrać się do nieodległego Trzebiatowa, miasteczka o największym zagęszczeniu gotyckich zabytków oraz goszczącego w murach swych kościołów trzy wyznania chrześcijańskie czterech obrządków. Taki nadmorski ekumenizm katolicko-ewangelicko-grekokatolicko-prawosławny :)

Inne stworzenia też korzystały ze spaceru o zachodzie :)

A na ścianie jednej z kamienic Trzebiatowa
widnieje słoń z 1639 roku

Na początku września krakowską Drogą Królewską przedefilowały, jak co roku, najdłuższe psy świata, czyli krakowskie jamniki kształtów wszelakich. Biedne zwierzaki zostały przez swych okrutnych właścicieli zmuszone do noszenia idiotycznych ubranek. Szkoda, że szanującemu się psu nie wypada pogryźć własnego pana...

Zażenowany Hotdog...

Ze względu na czerwcową wizytę Włochów Wieliczka została gruntownie odnowiona. Dwa miesiące później nadal wyglądała pięknie i zachęcająco. Turyści też się chyba przekonali, że warto zobaczyć coś więcej, niż tylko kopalnię soli. Oby więcej takich pomysłów!

Na wielickim Rynku wyrwało dziurę,
przez którą widać główną atrakcję miasta :)

Żeby nie wyjść z wprawy, z Wieliczki do Krakowa wróciłyśmy szlakiem muszli, czyli fragmentem małopolskiej Via Regia. Trzeba przyznać, że krakowscy opiekunowie szlaku wykonali kawał dobrej roboty, bo oznakowanie tego fragmentu jest zaiste imponujące. A do tego jakie krajobrazy! Sami sprawdźcie, to jedyne 8 kilometrów :)

Charakterystyczny jakubowy słupek w Kosocicach

A we wrześniu Muzeodajnia kręciła się niemal wyłącznie wokół tematu Mogiły, otwierając w Krzysztoforach i na Słonecznym podwójną wystawę poświęconą tej dawnej podkrakowskiej wsi. Było zacnie, słowiańsko i odpustowo. A potem można było odpocząć...

Opactwo cystersów podczas odpustu
i tuż po remoncie dziedzińca

I tak właśnie minęło lato, właściwie nie wiadomo kiedy. Znów zrobiło się zimno i mroczno, a chociaż jutro zaczynają się Targi Książki, a na Małym Rynku rusza HalloWine czyli Strasznie Smaczny Kiermasz, to najchętniej wróciłabym do kociej filozofii życia z początków czerwca. Historia lubi się powtarzać...

PS A ponieważ w mieszkaniu trwa remont, to przy okazji wyremontowałam też Muzeodajnię. Zmienił się nieco wygląd, a do gabinetu podróżniczo-ikonograficznego dostać się teraz można przez osobną zakładkę u góry strony. Nawet muzea potrzebują czasami liftingu :)

piątek, 1 października 2010

Wadowskie reminiscencje


O wernisażu w Muzeodajni już pisałam, nawet ilustrowałam fotkami. Ale magia ruchomych obrazków posiada olbrzymią siłę przekonywania, dlatego dziś zapraszam do obejrzenia filmowej relacji z wystawy (i Wadowa samego), którą nagrała telewizja internetowa CBC24.com. Mam wielką nadzieję, że ta relacja zachęci Państwa do chwilowego porzucenia światów wirtualnych i odwiedzenia realnej Muzeodajni :)

Zapomniane dziedzictwo Nowej Huty - Wadów from CBC24.com on Vimeo.

czwartek, 23 września 2010

Święta, święta i po wernisażu


Czas pędzi bezczelnie do przodu. Lato się skończyło, zatem przyszła pora na kolejną wystawę w Muzeodajni. Tym razem opowieść snuje się wokół Wadowa jak dym z jesiennego ogniska. Trochę feministycznie, bo Wadów to domena kobiet o silnych charakterach, więc kobiety stanowią tu spory procent opowieści (nie wiem, czy przypadkiem nie udało mi się zastosować modnych ostatnio parytetów...). Warto przybyć na wystawę w ciągu najbliższego miesiąca, bo część co wrażliwszych eksponatów będzie musiała wrócić do właścicieli nieco wcześniej. A jeśli ktoś się za bardzo zmęczy, to zawsze może odpocząć w cieniu czerwonych klonów palmowych, porastających ostatnio wnętrze Muzeodajni :)

Więcej szczegółów można znaleźć tutaj. Zapraszam!


Na takim wernisażu łatwo zostać paparazzim chowającym się za drzewem ;)
(fot. Paweł J.)

Otwarcie odbyło się w klonowej alei prowadzącej do wadowskiego dworu
(fot. Paweł J.)

A to właśnie ten eksponat, dla którego trzeba się pośpieszyć
ze zwiedzaniem wystawy (mam na myśli to w gablotce)
(fot. Paweł J.)

Były też jeszcze bardziej przyjemne momenty wernisażu... (fot. Paweł J.)

Na koniec uczestnicy zostali porwani na miejsce akcji i na własne oczy
mogli zobaczyć, jak Kraków dba o swoje zabytki. Na pierwszym planie piękna Ula
(fot. Marta Ś.)

wtorek, 25 maja 2010

Fabryka Pamięci


Po długich przygotowaniach, walce z wszelakimi przeciwnościami, katorżniczej wręcz pracy i innych sympatycznych wydarzeniach nareszcie jest. Oficjalnie 10 czerwca Muzeodajnia straci swoje zaszczytne miano najmłodszego oddziału i przekaże koszulkę beniaminka Fabryce.

Miejsce historyczne, Fabryka Emalii Oskara Schindlera, już dziś przyciąga rzesze turystów, głównie dzięki filmowi Stevena Spielberga. Ale nie będzie to tylko pamiątka kinematografii. Nowa wystawa stała Kraków. Czas okupacji 1939-1945 to opowieść o pięciu wyjątkowych latach z życia miasta w jego różnorodnych kontekstach. Bo czas okupacji to nie tylko barykady i walki partyzantów. To przede wszystkim codzienne życie  ludzi: okupowanych i okupantów. To będzie muzeum złożone ze skrawków pamięci, zachowanej w dokumentach, dźwiękach, przedmiotach i pamięci żyjących jeszcze świadków. To miejsce, w którym będzie można nauczyć się pamiętać...

Trudno będzie powiedzieć o tym miejscu, że jest przyjemne (bo wojna, na szczęście, mało komu sprawia przyjemność), ale na pewno będzie to ważny punkt na mapie historycznego Krakowa, zdecydowanie warty odwiedzenia. Do czego i Państwa zachęcam. Już niedługo.



piątek, 19 marca 2010

Dopowiadając


Tak mi właśnie przyszło na myśl, że ja Państwu nie powiedziałam o jaką wystawę chodzi... A zatem, uderzając się w swą własną pierś, dopowiadam: „Budujemy KOŚCIÓŁ. Współczesna architektura sakralna w Nowej Hucie”. Opowiada o architekturze nowohuckich kościołów od słynnej Arki Pana z lat 70. XX w., aż po kościół-rybę na ul. Bulwarowej (w trakcie budowy). Plany, rysunki, fotografie procesu twórczego i twórców wszelakiej maści, najważniejsze momenty budowy i dane statystyczne, a do tego jeden najciekawszy eksponat z każdego z dziesięciu kościołów - oto czego się możecie Państwo spodziewać, przekraczając próg Muzeodajni. A oprócz tego przemiłej obsługi, z którą warto zamienić parę słów, aby usłyszeć wiele dodatkowych, fascynujących historii w cenie zakupionego biletu :)


Impresje powernisażowe: jak na kościelną wystawę widok dość symboliczny...
Fotkę dedykuję Bractwu Krwiopijców :)

czwartek, 18 marca 2010

Fotoreportaż ż wernisaż(u)


Wystawę uznano za otwartą. Kto był, ten wie. Kto nie był, niech przyjdzie! Rozpisywać się nie będę, bo wystawy są do oglądania, a nie do czytania. Zatem poniżej kilka zachęcających fotek :)


Tuż przed otwarciem... Wszystko zielone :)


Każdy kościół zajmuje sześć metrów kwadratowych...


Specjalne wskazówki na podłodze wykonano, żeby się nie pogubić na tych 60 kwadratowych metrach.


Moja ulubiona ściana - ascetycznie piękna.


Pierwsi goście: ważna rozmowa Dużego z Małym
(Szymek opowiada kardynałowi, jak naklejał z tatą kreski na podłodze)


Atmosfera się zagęszcza...


Dumny i blady kurator :)


W tle nad tłumami góruje konsul Niemiec


Jak kościelna wystawa, choćby architektoniczna, to musi być i chór.
Tym razem czerwono-czarni z Politechniki.


Nowohucka czwórka :)
A teraz konkurs: która z czterech głów nie pasuje do reszty? I nie chodzi o okulary ;)

wtorek, 16 marca 2010

Na dobrą pamięć


Jutro w Muzeodajni wielki dzień (kolejny) otwarcia nowej wystawy. Będą tłumy (jak zawsze), trochę ględzenia (jak zawsze) i impreza po wszystkim, „na dobre otwarcie” (nowa świecka tradycja). Jednym słowem łatwo będzie zapomnieć o rzeczach naprawdę ważnych.

A przecież jutro dzień świętego Patryka, więc pamiętajcie o tym, co najlepsze! :)


Céad míle fáilte!

czwartek, 11 marca 2010

Chopin po krakowsku


Za oknem zima. Białe paskudztwo to się pojawia, to znika. Zimno jest. I wieje. A ja mam urlop :)

Z tego też powodu zdarzyło mi się ostatnio odwiedzić dwie krakowskie wystawy poświęcone naszemu genialnemu kompozytorowi, który, jak wiadomo, z Krakowa prawie się nie ruszał, a przynajmniej bywał tu częściej niż Mickiewicz :)

Pierwsza z nich, Chopin. Weiss. Fin de Siècle, to zaledwie kilka rysunków Wojciecha Weissa, monochromatycznych szkiców do olejnego portretu Fryderyka Chopina. Portretu, który możemy sobie tylko wyobrazić, bo zaginął w naszej poplątanej historii. Weissowe zafascynowanie Chopinem oraz tajemnice warsztatu artysty odkrywa przed widzami film, który wyświetlany jest na jednej ze ścian galerii jako doskonały komentarz do wystawionych prac. A całość zobaczą Państwo w piwnicach Pawilonu Wyspiańskiego na Placu Wszystkich Świętych otuleni w miękkie tony muzyki naszego Fryderyka. Jeśli zaś komuś mało wrażeń, to wystawie towarzyszy pięknie wydany katalog, zawierający nie tylko reprodukcje wystawionych rysunków, ale również inne prace artysty pochodzące ze zbiorów rodzinnych. Wystawa powstała dzięki Fundacji Muzeum Wojciecha Weissa, która ma zamiar stworzyć w pałacu w Kościelnikach miejsce prezentacji prac tego wciąż mało docenianego artysty, z czego Muzeodajnia raduje się wielce pomimo niesprzyjającej aury.

Chopin wchłaniany przez geniusz muzyki...
Widzicie te ręce biegające po klawiaturze? Genialnie uchwycony ruch i skupienie

Druga wystawa, Chopin w Krakowie i osobiste po nim pamiątki, prezentowana jest w Collegium Maius. Pretekstem do zorganizowania wystawy właśnie w tym miejscu jest wpis młodego Chopina do księgi pamiątkowej Biblioteki Jagiellońskiej, która w 1829 roku wciąż mieściła się w starym gmachu Collegium Maius. Tego właśnie roku Fryderyk wraz z kolegami był na wycieczce szkolnej w kopalni w Wieliczce (wpis w osobnej księdze), a w starym Krakowie zwiedzał m.in. uniwersytet. I tu przestroga dla dziatwy szkolnej: jeśli już musisz iść do muzeum, to wpisz się w księgę pamiątkową tak, żeby się później nie wstydzić przed potomnością. Fredek potrafił.


Podpis dziewiętnastoletniego Chopina w wielickiej księdze gości

Na wystawę trafiłyśmy przypadkowo, szukając zupełnie innego miejsca, i dzięki temu przypadkowi odkryłyśmy, dlaczego Fryderyk nie umiał wysiedzieć w domu. Bo któż z Was, drodzy czytelnicy płci mniej pięknej, umiałby wysiedzieć na krześle obitym niebieściutkim materiałem ze wzorkiem w różyczki, jaki naszemu geniuszowi własnoręcznie haftowała George Sand?


Obydwie księgi z autografem Mistrza, błękitne „arcydzieło” tapicerskie oraz wiele innych pamiątek (w tym kilka gipsowych odlewów lewej genialnej dłoni oraz jeden prawej) wystawione są w dolnych salach naszej Almae Matris.

I na koniec rzecz nie bez znaczenia: obydwie ekspozycje są bezpłatnie udostępniane wszystkim chętnym, co jest miłym dodatkiem do interesującej treści.

czwartek, 31 grudnia 2009

Tajemnice mistrzów


Londyńska National Gallery prezentuje właśnie wystawę poświęconą siedemnastowiecznej hiszpańskiej sztuce sakralnej, charakteryzującej się olbrzymim realizmem przedstawień. Wśród prac takich mistrzów, jak Diego Velázquez czy Francisco de Zurbarán, znalazły się też słynne hiszpańskie malowane rzeźby. Odziani w złotogłów święci, wodzący za człowiekiem błyszczącymi oczyma, sprawiają niesamowite wrażenie życia zamkniętego w drewnie. Jeśli nawet nie wybieracie się do Londynu, to na zamku w Pieskowej Skale można się spotkać z takim właśnie św. Dominikiem. Gorąco polecam, nie tylko dlatego, że to akurat Dominik :)

Ale londyńscy muzealnicy nie poprzestali jedynie na pokazaniu „efektu końcowego”. Zachciało im się wydrzeć dawno zmarłym mistrzom tajemnicę ożywiania drewna. Na wystawie towarzyszącej odsłonili techniki, sposoby i sztuczki, jakimi posługiwali się rzeźbiarze, aby uzyskać efekt przyprawiający o drżenie niepokorne serca (wszak to czasy wojującej kontrreformacji). A jednym z elementów wystawy jest poniższy filmik, może nieco długi, ale wart obejrzenia. A nuż zapragniecie sami zrobić taką rzeźbę do domowego ołtarzyka? ;)



sobota, 26 września 2009

Nowości w Muzeodajni


Nowa wystawa w Muzeodajni już otwarta. Wernisaż miły i pełen wrażeń, o których może lepiej zamilczę... Większość uczestników zadowolona, a przynajmniej nie ośmiela się mówić inaczej :)

Poniżej parę fotek made by Allya:


Kolega Andrzej wczytuje się pilnie w dramatyczną biografię pięknej, acz nieszczęśliwej Izy Branickiej



Nasze własne mauzoleum Wierzbięty z Branic, z Włodkiem Żelaznym po prawej :)


Kącik kościółkowy


Pan Jan Filip Sommer, attaché kulturalny konsulatu niemieckiego w Krakowie (ten wysoki) stoi na czele naszych gości (od lewej): ekipa archeologów z Branic, ekipa z Muzeum PRL w Światowidzie (z samą panią dyrektor), wyż wspomniany Jan Filip, słynny Maciej Miezian, redaktor Jan z "Głosu" oraz zaprzyjaźniony pan Zygmunt od Ogrodów :)


Silna grupa wernisażowych wycieczkowiczów przed popielową ruiną w Ruszczy


Branicki gospodarz Jacek przed archeologiczną posiadłością w Branicach


Zakończyliśmy na piano nobile starego dworu Branickich (czyli w tzw. lamusie), wśród skorup skrzętnie wykopywanych przez jackową ekipę :)

wtorek, 8 września 2009

To już rok...


Minął już rok, odkąd zawracam Wam głowę różnymi różnościami. Nadszedł zatem czas na kolejne zaproszenie do Nowej Huty:



Będzie mi niezmiernie miło Państwa gościć zarówno na wernisażu, w samo południe 23 września, lub kiedykolwiek w czasie trwania wystawy, aż do 28 lutego 2010 roku :)

czwartek, 27 listopada 2008

Wielcy z przymrużeniem oka





Podsiwiały, brodaty, podobien do tyki
Sześcioma nawrotami liczący krzyżyki,
Obsypany wnukami i dziatwą jak piaskiem,
Jaśnieje patryjarcha Jagiellońskim blaskiem.
Książka jego żywiołem, książka jego strawą,
Ma ją w łóżku, pod łóżkiem, na stole, pod ławą.
A choć, jak on smok niegdyś, zrodzon pod Wawelem,
Bez mieszczanina funkcyi jest obywatelem.
Ni polityk, ni Poseł, ani Radca miasta,
Z Stańczykami zadziera, Reformistów chlasta.
A czy idziesz z nim razem, czyli go unikasz,
Tak cię utnie znienacka, jak jaki dziennikarz.
To też lubi swe zdanie jawić przez dzienniki
Nieproszony, samopas idący i dziki.
Nie należąc do narad, ankiet, ni komissyi,
Kiedy sprawa już doszła do publicznej scyssyi,
Pomiędzy wojowników wtrąca swe trzy grosze –
Tego palnie oburącz, tamtego potrosze.
Ukąsić w imię prawdy widno mu najmilej,
Jak gdyby na kąsanie miał jaki przywilej.
Płazem mu to uchodzi, skoro gryzie szczerze;
A nikt mu nie zarzuci, by pisał w złej wierze.
To też choć jadowity, lecz nigdy ponury,
Świadkiem tego codziennie jagiellońskie mury;
Gdy się pomiędzy gośćmi uwija w serdaku,
Ma żart dla nich gotowy, żółci ani znaku.
Żart na ustach, a razem pracownik zażarty –
Od rana w noc przerzuca karteczki i karty;
Tu poprawia tytuły, tam skreśla nazwiska;
Co tygodnia w drukarni półarkusz odciska.
Tak przez całe dwadzieścia lat ciągłej mitręgi
Systematycznie płodzi coraz grubsze księgi.
Obracając wytrwale erudycyi kierat,
Biórokrata, urzędnik a razem literat.
Literackiej fantazyi chętnie puszcza wodze,
Gdy Talię z Melpomeną napotka po drodze.
Dla nich w rydwan się wprzęga i gotów do jazdy.
A miłując wschodzące i upadłe gwiazdy,
Nie pomny na swą godność i pozór naganny,
Gotów być zawsze starcem przy boku Zuzanny.
Pilny widz, pilny słuchacz, obserwuje blisko
Zarówno swe sąsiadki, jak i widowisko.
Zresztą ten teatralnych gwiazd czuły astronom
Niezły mąż, słaby ojciec i lichy ekonom...

Taki oto autobiograficzny wierszyk napisał o sobie Karol Estreicher, twórca monumentalnej Bibliografii polskiej. Czy ktoś jeszcze potrafi tak pisać? Ech, gdzie ci wielcy z tamtych lat... :)

Inną stronę Karola Estreichera można poznać, zwiedzając wystawę w Bibliotece Jagiellońskiej pt. „Książka jego żywiołem. Karol Estreicher (1827 - 1908)”. Tylko trzeba się śpieszyć, bo trwa tylko do 29 listopada...

piątek, 3 października 2008

Myślodsiewnia powernisażowa



Wypoczęta już nieco uprzejmie donoszę, iż wielomiesięczne wysiłki, mające na celu stworzenie nowej wystawy, zakończyły się sukcesem. Wernisaż przebiegał w tłocznej atmosferze, pod okiem całej trójcy dyrektorskiej, a zakończył się na łuczanowickim cmentarzu, dokąd udali się najwytrwalsi uczestnicy. Może to nie brzmi zbyt optymistycznie, kiedy impreza kończy się na cmentarzu, ale w tym przypadku, proszę mi wierzyć, naprawdę warto było! :D


Tutaj widać tłumy :)


A tak zastawione były wernisażowe stoły

Dla bardziej zainteresowanych: tutaj można przeczytać więcej o samej wystawie.
Zapraszam!