środa, 22 stycznia 2014

CIA w Krakowie

W Krakowie na Rynku szepcze się o tym po kątach. Informacje, dotąd pilnie strzeżone, wypływają w różnych mediach, choć póki co dość szczątkowe. Niektórzy więc podejrzewają, że to kolejna kaczka dziennikarska lub akcja znudzonego Snowdena, mająca oderwać społeczeństwo od spraw o wiele ważniejszych. A jednak to prawda i są na to dowody: w Krakowie powstaje siedziba CIA! A tak wygląda wizualizacja jednego z jej wnętrz - arsenału:

Więcej nietajnych już planów wnętrz tutaj!
Tak, trudno w to uwierzyć, ale Thesaurus Cracoviensis - Centrum Interpretacji Artefaktów (CIA), najnowszy oddział MHK, najnowocześniejszy magazyn muzealny tej części Europy już wkrótce zacznie zwabiać do siebie zwiedzających. Tak coś około 2017 roku...

Zinterpretujcie to sobie jak tam chcecie ;)

piątek, 2 sierpnia 2013

Od filcowych kapci do kodów QR

Świat się zmienia. Na dobre czy na złe, ale  nieuchronnie. A razem ze światem zmieniają się też elementy, które, wydawałoby się, ze swej istoty powinny być niezmienne. Tak właśnie jest z muzeami, w których zmiany w ostatnich kilku latach gwałtownie przyśpieszyły. I to zmiany wielokierunkowe, od wyglądu zewnętrznego po system zarządzania. Bo skoro zmienia się świat, to zmieniają się też ludzkie oczekiwania wobec różnych zjawisk, w tym wobec muzeów. Jeszcze nie tak dawno przychodzący do muzeum polski „zwiedzacz” był przez system edukacji naszego uroczego kraju przygotowany (mniej lub bardziej) na to, co zobaczy, znał kontekst, w jakim pojawiał się historyczny artefakt*. Dziś nie ma już co liczyć na pre-edukację. Więc nie ma się co dziwić, że na wystawach zabytki są powoli, acz systematycznie wypierane przez opowieść eksponatem, niekoniecznie zabytkowym.

Wokół tej tendencji w polskim muzealnictwie trwają już burzliwe dyskusje, z których pewnie kiedyś coś wyniknie. Dla mnie jednak ważniejszą zmianą w świadomości muzealników jest uznanie faktu, że tak jak kiedyś nieodłączną częścią muzeum były filcowe kapcie, tak obecnie bez strony internetowej muzeum nie istnieje. I bez profilu na fejzbuku. A nawet bez regularnie prowadzonego bloga. Cóż, przyszło nowe i nie ma się co obrażać, tylko siadać do klawiatury i trzaskać kolejne wpisy.

I wbrew pozorom, to przeniesienie części życia muzealnego do sieci nie powoduje odpływu zwiedzających z realnych obiektów, lecz wywołuje skutek wręcz odwrotny. Dlatego zajrzyjcie, proszę, na nową stronę MHK, na nasze profile fejzbukowe, a zwłaszcza na wspólnymi siłami prowadzonego, oficjalnego bloga muzealnego, o którym obiecałam wam donieść. A potem koniecznie odwiedźcie nas w realu! :)
 

* Artefakt, kontekst, narracja, interpretacja – to obecnie ulubione słówka polskich muzealników, zaraz obok sponsoringu, autsorsingu i funduszy norweskich ;)

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Plotki w sieci

Jak to miło po łikendzie wrócić do pracy. A praca muzealnika obfituje w niespodzianki, dramatyczne zwroty akcji oraz nieoczekiwane odkrycia. Otwierając dziś rano pocztę, odnalazłam wiadomość od zaprzyjaźnionego operatora kociego bloga (a prywatnie bardzo sympatycznej koleżanki muzealnej), że „Muzeodajnia” została uznana za oficjalny blog Muzeum Historycznego Miasta Krakowa przez muzealny portal „muzealnictwo.com”. A wszystko przez bardzo ciekawy artykuł Blog w muzeum, muzeum na blogu, który gorąco polecam, ponieważ nie tylko przedstawia fenomen wirtualnych pamiętników i ich rolę w promocji instytucji, ale też podaje linki to interesujących muzealnych nisz internetowych oraz jaskiń sieciowych.



A zatem jeszcze raz zapewniam, że „Muzeodajnia” jest blogiem całkowicie prywatnym. Muzeum Historyczne Miasta Krakowa właśnie przygotowuje się do inauguracji swojego oficjalnego bloga. Jak tylko się pojawi, na pewno Wam o tym doniosę.

Wasza muzealna wtyczka
R. Vredna

środa, 1 maja 2013

Świętowanie po polsku

Będzie krótko, bo maj chłodem nas powitał i palce marzną na klawiaturze. A tymczasem atmosfera w kraju rozgrzewa się do czekoladowej białości i już naprawdę nie wiadomo, śmiać się czy płakać. I nawet energetyczny polski dżezik na polską majówkę nie rekompensuje niesmaku, jaki wywołuje obserwowanie obu walczących na błotne kulki (bo przecież nie na argumenty) stron. Zatem w kwestii „orzeł a sprawa polska” wypowiadam się poprzez poniższe zdjęcie, wykonane w jednym z łódzkich kin z okazji rozpoczęcia roku Juliana Tuwima. A poza tym, Rodacy, zdrowia życzę! Zwłaszcza psychicznego. I tyle.

A tu załącznik tekstowy

poniedziałek, 11 lutego 2013

Boże znaki


Benedictus... „którego posłannictwo Bóg potwierdził wam niezwykłymi czynami, cudami i znakami...” (Dz 2,22)

Tęcza nad Birkenau

piątek, 1 lutego 2013

Historyczna zupa jarzynowa

Dawno Muzeodajnia nie donosiła niczego o muzeach, pora zatem nadrobić to zaniedbanie. Zwłaszcza że ostatnio nazbierało mi się sporo różnorodnych doświadczeń, którymi chętnie bym się podzieliła, ale leniwe zwierzę siedzące w mym wnętrzu skutecznie, jak dotąd, blokowało wszelkie wybuchy entuzjazmu pisarskiego. Jednak wczorajsza wizyta w krakowskim Muzeum Armii Krajowej coś we mnie przełamała, a czytelnicy odczują tego skutki.

Zacznijmy może od miejsca akcji, bo warto. Muzeum mieści się bowiem w głównym budynku dawnego zespołu dowódczo-aprowizacyjnego Twierdzy Kraków, wybudowanego na początku XX wieku, a obecnie świetnie odrestaurowanego i przystosowanego do potrzeb muzeum. Aranżacja wystawy również podkreśla militarną przeszłość tego wnętrza, czemu nie ma się co dziwić, skoro tematyka ekspozycji też jest mało pokojowa. Wspaniale prezentuje się zwłaszcza przykryty przeszklonym dachem dziedziniec czy masywne gabloty nawiązujące do metalowych elementów urządzeń twierdzy. Szkoda zatem, że wypełnienie tych przestrzeni nie odpowiada swojej oprawie.

Główne wejście do Muzeum Armii Krajowej. Dotrzeć tutaj,
zwłaszcza w czas roztopów, nie jest łatwo, ale może tak miało być.
W końcu o konspiracji sporo się tutaj mówi.

Bo dalej otrzymujemy nieźle zamieszaną, historyczną zupę jarzynową. Parter muzeum, a właściwie pomieszczenia wokół głównego dziedzińca, zostały przeznaczone przede wszystkim na opowieść o drugiej wojnie światowej. Zwiedzanie zaczynamy od kilku gablot wypełnionych pamiątkami z życia przedwojennego, co jest dość zrozumiałe ze względu na logikę opowieści. Szkoda tylko, że komentarz do tej garstki przypadkowo (mam wrażenie) zebranych obiektów został ograniczony do kilku lakonicznych podpisów. Żadnego tłumaczenia skąd taki wybór, jaka w tym tkwi myśl przewodnia. Trudno zatem sobie wyobrazić jak wyglądało życie w Polsce w przeddzień wybuchu wojny, a o to chyba autorom chodziło. Być może szerszy opis można było uzyskać po skorzystaniu z kodu QR, ale jako posiadacz normalnego telefonu „do dzwonienia” nie mogłam tego sprawdzić doświadczalnie. Tak, drodzy muzealnicy (i nie tylko), bywają jeszcze ludzie, dla których tego rodzaju nowinki techniczne są zbędnym balastem, dlatego rozwiązania konwencjonalne na podstawowym poziomie zwiedzania są nadal obligatoryjne.

W kolejnych pomieszczeniach starano się pokazać przebieg działań wojennych i różne aspekty życia podczas wojny. Pomysł jak najbardziej uzasadniony, bo wypada przedstawić okoliczności, w jakich Armia Krajowa powstała i działała. Nie jest to też muzeum drugiej wojny światowej (bo to dopiero powstaje na Westerplatte), zatem ten temat powinien być potraktowany odpowiednio krótko i jako tło dla tematu właściwego. Wiem, że trudno rozdzielić temat drugiej wojny od działań AK, dlatego bardzo mnie dziwi, że taki podział został wprowadzony. I co dostaje zwiedzający? Chaotyczną opowieść o wszystkim, którą zresztą w większości sam musi wydedukować z wystawionych eksponatów, dość skąpo podpisanych i sprawiających wrażenie magazynu szalonego kolekcjonera. A szkoda, bo zbiory to o ogromnej wartości. Tu może warto przypomnieć, że wystawianie na stałej ekspozycji oryginalnych fotografii czy rękopisów, zwłaszcza pisanych atramentem, jest niedopuszczalne w świetle zaleceń konserwatorskich. Okropnie też wyglądają poodpadane numerki uniemożliwiające identyfikację danego obiektu na spisie obok gabloty lub w ogóle brak takiego spisu. Poodklejane plansze ekspozycyjne też nie robią dobrego wrażenia. Zaś fotografie z drastycznymi scenami lepiej zawieszać wyżej, nie na poziomie oczu przeciętnego sześciolatka... Ale główny zarzut co do tej części ekspozycji to brak odpowiednich tekstów wprowadzających w tematykę danego aspektu wojny, którą komentują zgromadzone eksponaty. Teksty wyjaśniające pojawiają się, oczywiście, ale zazwyczaj są zbyt długie, a na dodatek umieszczone w taki sposób, że ciężko jest z nich skorzystać. Efekt jest taki, że po przejściu trasy ekspozycji na parterze muzeum zwiedzający ma niezły mętlik w głowie i nie bardzo wie, czego ma się spodziewać w kolejnej części.

A kolejna część eksponowana jest w podziemiach muzeum, co zrozumiałe, skoro opowiada o Polskim Państwie Podziemnym. Ogromna przestrzeń została podzielona na mniejsze fragmenty tworzące swoisty labirynt, w którym trzeba zwracać pilną uwagę na strzałki dyskretnie umieszczone na posadzce i na ścianach, żeby nie zagubić się w czasie i tematach. Nam się udało (zgubić oczywiście). Tutaj miałam wrażenie większego porządku, logicznej opowieści o genezie powstania Polskiego Państwa Podziemnego i jego armii, od pierwszego rozkazu powołującego formację do życia, poprzez jej przemiany w trakcie trwania działań wojennych, aż po rozkaz jej rozwiązania. Ta część wystawy również jest nasycona różnorakimi eksponatami, w dużej części należącymi do unikatów, choć ja wiem o tym dzięki objaśnieniom fachowca, z którym zwiedzałam muzeum, a nie z opisów zamieszczonych obok gablot. Wrażenie na zwiedzających robią za to ogromne makiety: brytyjskiego Halifaxa, z którego dokonywano zrzutów dla walczącej Armii Krajowej oraz przerażającej w swym ogromie rakiety V2. W tym drugim przypadku efekt psują jedynie niekończące się opisy, umieszczone na półprzezroczystych szybach, co dodatkowo zniechęca do ich czytania. Do mocnych stron tej części ekspozycji zaliczyłabym też biegnącą przez środek sali szklaną oś czasu, na której równolegle i bardzo czytelnie zaznaczone są działania niemieckie, sowieckie, polskiego rządu na uchodźstwie oraz Polskiego Państwa Podziemnego. To pozwala uporządkować dotychczas nabytą wiedzę, co udaje się również dzięki multimedialnej prezentacji działań wojennych, wyświetlanej w kolejnej sali na blacie przechylonego stołu. Podziemnej ekspozycji towarzyszą również ekrany wmontowane w ściany, na których można obejrzeć krótkie scenki zagrane współcześnie na potrzeby wystawy, łączące się tematycznie z daną częścią ekspozycji. Uruchamia się je specjalną kartą pobraną w kasie muzeum wraz z biletem i od zwiedzającego zależy, czy chce sobie rozszerzyć program zwiedzania czy zrezygnować. Jednak nasycenie wystawy takimi ekranami, a także ekranami dotykowymi, na których również znajdują się dodatkowe informacje (choć w wersji bardzo szczątkowej, jakby nie do końca dopracowane), powoduje, że pod koniec zwiedzania wszystkie multimedia już się pomija. Przesyt prowadzi do niestrawności.
Opowieść o Armii Krajowej i Polskim Państwie Podziemnym kończy się salą przesłuchań, gdzie zwiedzający na własnej skórze może poczuć ciężar wzroku niemieckiego i sowieckiego oprawcy. Zaś ostatnia przestrzeń wystawy poświęcona jest powojennym dążeniom do niepodległości, jako spuściźnie działań AK. Jednak tu wielowątkowość naszych dziejów ojczystych znów przerosła twórców wystawy i w efekcie serwują zwiedzającym ciężkostrawny i niezrozumiały miszmasz.

Pokój przesłuchań. Na zdjęciu tego nie widać, ale te postaci po prawej i lewej stronie
wpatrywały się w człowieka, przemawiając po rosyjsku i niemiecku.
Nie były to statyczne fotografie, tylko projekcje wideo na wyciętej
w kształt człowieka pleksi. Mocny akcent na zakończenie.

Czas na podsumowanie, a nie będzie ono optymistyczne. Nowocześnie zaaranżowany budynek, ekspozycja naszpikowana elektroniką oraz kilka instalacji scenograficznych to za mało, żeby wystawę nazwać nowoczesną. A zrezygnowanie z chronologii w opowieści nie czyni z niej wystawy narracyjnej, za to może wprowadzić chaos w głowach zwiedzających. Nie wszyscy wszak lubią korzystać z usług przewodnika muzealnego, który w tę sałatkę warzywną wprowadzi jakiś porządek. Chluby muzealnikom nie przynosi również niestaranność wykonania albo brak interwencyjnych napraw sypiącej się ekspozycji, zwłaszcza takiej, która liczy sobie zaledwie parę miesięcy. Wszystko to razem sprawia, że nie mogę polecić Wam tego muzeum, jako wartego odwiedzenia. Szkoda, bo przecież istnienie Polskiego Państwa Podziemnego wraz z jego armią zasługuje ze wszech miar na pamięć naszą i następnych pokoleń. A pamięć potrzebuje odpowiedniego nośnika, jakim mogłoby być odpowiednio przygotowane Muzeum Armii Krajowej.

wtorek, 29 stycznia 2013

Książkonostalgia

Demotywatory straciły ostatnio swój demotywujący, ironiczny pazur i stały się strasznie przemądrzałe. Ale czasem uda się znaleźć coś dającego do myślenia. Na przykład w temacie czytania książek. Człowiek wykorzystuje każdą możliwą chwilę, żeby dowiedzieć się, co dalej z jego ulubionymi (i nie) bohaterami, czyta w tramwaju, w kolejce do dentysty, przy jedzeniu i gdzie tylko się da. A każde przeczytane słowo zbliża go nieuchronnie do końca opowieści, kiedy odwróci ostatnią kartkę i zobaczy (lub nie) brutalne słowo „koniec”.

Stan, w którym się wówczas znajduje czytelnik, nazwałam sobie książkonostalgią, bo to trochę tak, że w momencie zamknięcia tylnej okładki stajemy się jakby emigrantami wygnanymi z ojczyzny. Nie ma już przy nas przyjaciół, z którymi zdążyliśmy się zżyć podczas długich godzin wspólnego czytania, krajobraz się zmienia, zapachy znikają, a bywa i tak, że z upalnej plaży wyrzuca nas prosto w śnieżną zamieć. I zazwyczaj nie ma dla nas ratunku, bo choć warto wracać wiele razy do ulubionych książek (polecam!), to za każdym razem koniec będzie taki sam: nakaz powrotu do rzeczywistości. A przecież po to czytamy książki, żeby je skończyć!

Trochę lepiej znosimy syndrom ostatniej strony, kiedy książka jest częścią większej całości i kiedy czeka na nas kolejny tom, choćby jeszcze nie napisany. Ale jeśli jest to ostatnia strona ostatniego tomu, bez szansy na kontynuację? Przypomnijcie sobie swój stan ducha po odstawieniu na półkę Pana Wołodyjowskiego albo Rilli ze Złotego Brzegu albo Pani Jeziora. Albo Pana Lodowego Ogrodu tom czwarty. W tym ostatnim przypadku stanu ducha nie poprawia kapiąca za oknem odwilż, która zaczęła się dokładnie w momencie zamknięcia książki. Tak, to właśnie jest książkonostalgia...

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Dotknięcie Lodowego Ogrodu

Często tak bywa, że prawdziwy mól książkowy (w całkowicie pozytywnym tego słowa znaczeniu) organizuje sobie warunki czytelnicze odpowiadające właśnie czytanej książce. Kiedy czytałam „Diunę” Franka Herberta, to cały dom pachniał kawą z cynamonem o wdzięcznej nazwie „Melange”. A innym razem moje kolana zostały dotkliwie przypalone lipcowym słońcem, bo zatonęłam w prusowym „Faraonie” i nie zauważyłam, że cień przemieścił się na drugą stronę świata. W końcu miało być upalnie... Przykładów można by mnożyć i pewnie każdy ma takie ulubione opowieści.

Ale bywa i tak, że natura sama stara się dostosować do naszych lektur. Bo jak inaczej nazwać to sprzężenie dzisiejszej pogody z czytanym właśnie czwartym tomem „Pana Lodowego Ogrodu”? A zatem uprzejmie przepraszam wszystkich, którzy mieli dziś problem z dotarciem do pracy. Obiecuję, że następnym razem wezmę się za opowieści z tropików.

Lodowy Kraków
Lodowe krzaczki o poranku dnia następnego.
Cóż, ciągle jeszcze czytam...

czwartek, 17 stycznia 2013

Nadchodzi...

Nie jest dobrze. Z każdym porankiem perspektywa opuszczenia przytulnej przystani miękkiego łóżka staje się przyczyną koszmarów następnej nocy. Za oknem pogoda wołająca o pomstę do Nieba. I o słońce. Kalendarz pokazuje, że do kolejnych Świąt jeszcze długie dwa-i-pół miesiąca, a złośliwa pamięć zaczyna zacierać wspomnienia wolnego Bożego Narodzenia. Za to waga stała się jakaś dziwnie uparta i wrednie pokazuje ciągle kilka kilogramów więcej, niż w grudniu. Jednym słowem: bryndza...

Ale niektórzy mówią, zwłaszcza parający się psychologią Cliff Arnall, że to wszystko objawy zbliżającego się najbardziej depresyjnego dnia roku - Blue Monday. Otóż ten genialny Brytyjczyk obliczył, że poniedziałek ostatniego pełnego tygodnia stycznia, to kwintesencja ponurości życia. Bo to i światła słonecznego zaczyna brakować, i postanowienia noworoczne wydają się być coraz bardziej nierealne, a do tego wszystkiego niektórych zaczynają gnębić terminy płatności zaciągniętych na święta kredytów. Kiedy wstawił dane meteorologiczno-psychologiczno-ekonomiczne do stworzonego przez siebie matematycznego wzoru zdrowia psychicznego, wyszedł mu właśnie ów poniedziałek.

Nie ma się co łudzić. Rzeczywistość podnosi łeb i otrząsając się ze świątecznych snów znowu szczerzy zębiska. I to już w najbliższy poniedziałek...

A zatem to chyba nic dziwnego, że człowiek próbuje sobie pomóc, nie?! Nawet jeśli za pomocą innego Brytyjczyka...


Chyba widać, że to Colin Firth...

czwartek, 10 stycznia 2013

Tajemnice krakowskiego Ludwinowa

Kraków jest pełen tajemnic i oryginalnych pomysłów. Wystarczy przejść się przez krakowski Rynek, by napawać się małymi i większymi odkryciami. Ale jeśli tylko zdecydujemy się na nieco dalszą wyprawę, doznania wzrastają wraz z odległością od Sukiennic. A jeśli jeszcze ktoś zapragnie skorzystać z komunikacji miejskiej, to podróż taką będzie mógł zaliczyć do kategorii ekstremalnych.

Ot, choćby na takim Ludwinowie, czyli naprzeciw Skałki, patrząc ponad Wisłą, znaleźć możemy oryginalne podejście do reklamy. Nie ma dwóch zdań, mamy w Krakowie odważnie i niekonwencjonalnie myślących deweloperów. Bo czyż nie korci Was sprawdzić, jak wyglądają mieszkania zachwalane w poniższy sposób?


Kraków jest też miastem o dużej tolerancji religijnej, w którym schronienie znaleźć mogą wyznawcy różnej maści. Nikogo zatem nie powinien dziwić mural na jednej z ludwinowskich kamienic, oddający hołd pewnej sekcie, mającej zresztą w całej Polsce rzesze wyznawców. Ma ona chyba coś wspólnego z chrześcijaństwem, bo jej świątynie pękają w szwach zarówno w niedziele, jak i w okolicach głównych świąt chrześcijańskich. Aczkolwiek wierni wyznawcy pojawiają się nich regularnie również w dni powszednie. Tak to już bowiem jest z siatanistami :)


A przy okazji, kolejną siatanistyczną świątynię budują mi tuż za miedzą. Ciekawe zatem, czy podobne w treści murale nie pojawią się również na murach naszych azorskich slumsów?

poniedziałek, 5 listopada 2012

Światy równoległe

Za oknem snują się mgły, w domu pachnie jabłkami z ojcowego sadu, a świat równoległy otwiera się po drugiej stronie ekranu komputera. Zatem nie ma się co dziwić, że księżyc za oknem zaczyna wyglądać jak uśmiech Kota z Cheshire...

Są takie miejsca na świecie, gdzie granica między światem realnym i mitycznym robi się bardzo cienka. Podobno gdy angielskie Glastonbury spowiją jesienne mgły, można – chcący czy niechcący – zabłądzić do Avalonu. Zwłaszcza jeśli kogoś zwabi zapach dojrzałych jabłek. Trzeba tylko pamiętać o powrocie, bo czarodziejki mają swoje sposoby, aby zatrzymać zbłąkanego wędrowca w krainie ułudy...

Z Krakowem jest podobnie, być może przez to położenie w niecce, w której mgły są zjawiskiem powszednim. Z tym, że zamiast Wyspy Jabłek po drugiej stronie mgły czekają mityczne dawne czasy (które wielu ludziom, podobnie jak Avalon, wydają się rajem na ziemi). A ostatnio do zgubienia się we mgle nie potrzeba szklanki cydru (choć nie zaszkodzi) ani innych produktów „duchowych”, wystarczy zdolny bloger i prowadzona przez niego strona internetowa. Dawno temu w Krakowie to miejsce, gdzie dzięki doskonale skomponowanym fotografiom, przeszłość i teraźniejszość Miasta dosłownie się przenika.

To jedno z moich ulubionych „przenikliwych” zdjęć 
pochodzących ze strony Dawno temu w Krakowie

Zdjęcia są przygotowane specjalną metodą, która pozwala zobaczyć, jak znane wszystkim, codziennie odwiedzane miejsca zmieniły się w ciągu ostatnich stu lat. Granicę czasów zaznaczoną na fotografii można bowiem na stronie przesuwać od współczesności wgłąb czasów minionych, które jakby wcale nie minęły. Ot, taka magia w działaniu :)

Strona powstała dość niedawno, zatem dopiero się rozkręca, ale już jest godna gorącego polecenia. Mam tylko nadzieję, że autorowi pasja magicznego przenikania czasów i miejsc nie minie przez kolejne sto lat.

środa, 31 października 2012

Krakowskim targiem

Jak donoszą wszelkie serwisy prasowe, telewizyjne oraz portale internetowe, w niedzielę zakończyły się w Krakowie Targi Książki. Prawda. Ale również w tę niedzielę na Kraków, podstępnie i znienacka spadła zima. Wstaję sobie spokojnie po wydłużonym o godzinę wypoczynku nocnym (swoją drogą, jak można jesienią narzekać na zmianę czasu?!), a tu za oknem pierwszy bałwan tej jesieni:


I jak łatwo się domyślić, odległe o zimy świetlne hale targowe w Czyżynach straciły na swej atrakcyjności. Zwłaszcza dla człowieka, który nie widzi potrzeby rzucania się na każdego autora celem zdobycia jego autografu na najnowszej książce, a za to woli wygodę i średnio 20% niższe ceny księgarni internetowej. Ale coś trzeba było zrobić z tak pięknie rozpoczętą zimą. Tu w sukurs wszystkim zaskoczonym i zziębniętym przyszli organizatorzy HalloWine czyli Strasznie Smacznego Kiermaszu, którzy ulokowali się sprytnie na Małym Rynku. Jak można się domyślić, impreza w ramach Nieustającego Festiwalu Spowalniania Czasu została zorganizowana na motywach, o zgrozo! strasznego i wyklętego amerykańskiego „halołinu”. Na stoiskach, rozrzuconych wśród zimowego krajobrazu Małego Rynku znaleźć można było przysmaki z różnych stron środkowowschodniej Europy, których pilnował kolejny bałwan tej niedzieli:


 Ale to, co najlepsze, znaleźć można było we wnętrzu białego jak śnieg namiotu. Na kilku stoiskach ulokowali się sprzedawcy win, specjalizujący się w dostarczaniu najsmaczniejszych produktów z winnic Słowacji, Gruzji, Grecji, Bułgarii i innych miejsc, które dla „koneserów” z Zachodu wciąż brzmią co najmniej egzotycznie, jeśli nie podejrzanie. Wielowymiarowe piękno tych dzieł sztuki zamkniętych w butelkach sprawia, że trudno się im oprzeć. W efekcie wróciłyśmy do domu przygięte do ziemi słodkim ciężarem. Tak, tegoroczne Targi Książki w Krakowie uważam za niezwykle udane :)


środa, 24 października 2012

Wspomnienie lata

Olaboga! To już koniec października?! Kiedy ten czas minął? Podobno przed końcem świata czas przyśpiesza, to by się zgadzało z obserwacją :) Patrząc na zdjęcia, dochodzę jednak do wniosku, że wiele się działo od zimnego początku lata.

Po pierwsze dopadło nas Euro 2012, a nas, Krakowian, w szczególności. Muzealnicy przez miesiąc zaglądali w prywatne życie Synów Albionu, których to chyba szybko zmęczyło, bo wcześnie pojechali do domu :) Ale Holendrzy zrezygnowali z krakowskich atrakcji jeszcze szybciej. Za to solny klimat Wieliczki nieźle służył Włochom, którzy najdłużej pozostawali w grze. Cóż, w Krakowie są ciekawsze obiekty niż stadiony :)

Z okazji meczu reprezentacji Włoch
Adaś nosił trójkolorową kokardę :)

W lipcu wybrałyśmy się nad polskie morze, napawać się jodowym powietrzem, spacerując brzegiem Bałtyku tam i z powrotem. Pomimo pięknych widoków nikomu nie polecam „wypoczynku” w kołobrzeskim kurorcie... Za to warto wybrać się do nieodległego Trzebiatowa, miasteczka o największym zagęszczeniu gotyckich zabytków oraz goszczącego w murach swych kościołów trzy wyznania chrześcijańskie czterech obrządków. Taki nadmorski ekumenizm katolicko-ewangelicko-grekokatolicko-prawosławny :)

Inne stworzenia też korzystały ze spaceru o zachodzie :)

A na ścianie jednej z kamienic Trzebiatowa
widnieje słoń z 1639 roku

Na początku września krakowską Drogą Królewską przedefilowały, jak co roku, najdłuższe psy świata, czyli krakowskie jamniki kształtów wszelakich. Biedne zwierzaki zostały przez swych okrutnych właścicieli zmuszone do noszenia idiotycznych ubranek. Szkoda, że szanującemu się psu nie wypada pogryźć własnego pana...

Zażenowany Hotdog...

Ze względu na czerwcową wizytę Włochów Wieliczka została gruntownie odnowiona. Dwa miesiące później nadal wyglądała pięknie i zachęcająco. Turyści też się chyba przekonali, że warto zobaczyć coś więcej, niż tylko kopalnię soli. Oby więcej takich pomysłów!

Na wielickim Rynku wyrwało dziurę,
przez którą widać główną atrakcję miasta :)

Żeby nie wyjść z wprawy, z Wieliczki do Krakowa wróciłyśmy szlakiem muszli, czyli fragmentem małopolskiej Via Regia. Trzeba przyznać, że krakowscy opiekunowie szlaku wykonali kawał dobrej roboty, bo oznakowanie tego fragmentu jest zaiste imponujące. A do tego jakie krajobrazy! Sami sprawdźcie, to jedyne 8 kilometrów :)

Charakterystyczny jakubowy słupek w Kosocicach

A we wrześniu Muzeodajnia kręciła się niemal wyłącznie wokół tematu Mogiły, otwierając w Krzysztoforach i na Słonecznym podwójną wystawę poświęconą tej dawnej podkrakowskiej wsi. Było zacnie, słowiańsko i odpustowo. A potem można było odpocząć...

Opactwo cystersów podczas odpustu
i tuż po remoncie dziedzińca

I tak właśnie minęło lato, właściwie nie wiadomo kiedy. Znów zrobiło się zimno i mroczno, a chociaż jutro zaczynają się Targi Książki, a na Małym Rynku rusza HalloWine czyli Strasznie Smaczny Kiermasz, to najchętniej wróciłabym do kociej filozofii życia z początków czerwca. Historia lubi się powtarzać...

PS A ponieważ w mieszkaniu trwa remont, to przy okazji wyremontowałam też Muzeodajnię. Zmienił się nieco wygląd, a do gabinetu podróżniczo-ikonograficznego dostać się teraz można przez osobną zakładkę u góry strony. Nawet muzea potrzebują czasami liftingu :)

sobota, 2 czerwca 2012

Odrobinka ciepła


Zimno. Lato nie chce przyjść. Do Londynu za daleko, więc na jubileuszowe imprezy się nie załapię. A do tego wszystkiego jeszcze Euro w perspektywie... A dajcie mi wszyscy święty spokój. Nie wstaję!



wtorek, 1 maja 2012

Wspomnienia na upał


Za oknem pełnia lata, stąd pewnie naszły mnie wspomnienia ubiegłorocznej wyprawy węgiersko-wiedeńskiej. Aż trudno uwierzyć, ale za chwilę minie rok od naszej peregrynacji szlakiem winno-termalnym, a tutaj w Muzeodajni, w gabinecie podróżniczo-ikonograficznym ciągle brak ilustrowanego pamiętnika z podróży. Śpieszę zatem nadrobić to zaniedbanie, zwłaszcza że majówka dopiero co się zaczęła, więc jest jeszcze czas na podjęcie szybkiej i słusznej decyzji o wyjeździe w krainę winem i wodą termalną płynącą. Tak właściwie, to jest to tuż za miedzą, jeśli patrzyć z perspektywy Polski południowo-wschodniej, a zatem nie trzeba wielkich przygotowań i wielogodzinnej jazdy.


Już sam wypad do stolicy Węgier może sprawić wiele przyjemności amatorom włóczenia się po malowniczych zaułkach wielkiego miasta. Ale poza samym Budapesztem  jest co najmniej kilka wartych odwiedzenia zakątków, bardziej sielskich-anielskich. Pół godziny jazdy na północ od stolicy leży urocze Szentendre, nieco dalej na wschód znajdzie się kilka godnych polecenia destynacji: Debreczyn, Eger i przede wszystkim Tokaj. A jeśli zachód jest Wam bliższy, to zarówno wybrzeże madziarskiego morza sprzyja wytchnieniu od upałów, jak i krótki wypad do malowniczego Sopron może wprawić człowieka w dobry nastrój. A z Sopron bardzo łatwo przemieścić się nad piękny, modry, wiedeński Dunaj.

To tylko kilka sugestii co do miejsc wartych zobaczenia. Jest tych miejsc na pewno o wiele więcej, ale za wymienione mogę ręczyć, bo smakowałam je z rozkoszą. Dlatego kierunek węgierski polecam wszystkim gorąco, wiedeński nieco chłodniej :)

piątek, 27 kwietnia 2012

Jak zostać artystą


Internet to niezgłębione morze zaskakujących informacji. Ja na przykład dowiedziałam się, całkiem przypadkiem, że jestem artystą wykonawcą utworów muzycznych i znajduję się na liście. Wprawdzie jeszcze nie dziedzictwa narodowego, tylko wykonawców niezrzeszonych, ale kto wie do czego jeszcze w internecie dojdę? Jakby tego było mało, to w dodatku należę do grupy pod nazwą „Schola i Bracia Dominikanie”. Coraz lepiej, prawda? A wszystko to za sprawą dwóch świetnych płyt, do których powstania udało mi się przyczynić. I nie powiem, że bez przyjemności :)

Teraz Związek Artystów Wykonawców STOART, na którego stronie zamieszczono wyżej wymienioną listę, zwraca się do nieświadomych swego istnienia artystów z apelem, aby się zgłaszać po odbiór tantiem. No cóż, widać na tym świecie wszystko zostało już wycenione. Dla mnie jednak udział w tym wspólnym śpiewaniu nadal pozostaje bezcenny i żadne tantiemy nic tu nie poradzą. I łezka się w oku kręci, że to już dziesięć lat minęło od tamtej pamiętnej nocy w dominikańskim refektarzu... :)

Zatem zerknijcie na tę stronę, bo może się okazać, że również jesteście nieuświadomionymi artystami. A płyty polecam, bo nieźle nam wyszły :)


piątek, 20 kwietnia 2012

Wielkomuzyczne środy


To już tradycja. W Wielkim Tygodniu przed Triduum Paschalnym następuje Wielkomuzyczna Środa. Ostatnio próbowałam policzyć, która to już z kolei Wielka Środa w towarzystwie Jordiego Savalla i jego muzyków, ale za każdym razem wychodziło mi inaczej. W tym roku, już po raz kolejny, Hespèrion XXI i La Capella Reial de Catalunya pozbawione zostały wsparcia wspaniałego głosu Montserrat Figueras, pamięci której Savall dedykował krakowski koncert. Być może dlatego zabrzmiał on tak nostalgicznie?

Tym razem usłyszeliśmy muzyczną opowieść o potędze dynastii Borgiów. Jej najsłynniejsi przedstawiciele nie zapisali się w pamięci potomnych zbyt złotymi zgłoskami (żeby nie powiedzieć dosadniej), ale jedno trzeba im przyznać: byli hojnymi mecenasami sztuki, wyróżniającymi się całkiem niezłym gustem. Przypomniane na nowo renesansowe pieśni, w krakowskiej św. Katarzynie były całkowicie na miejscu, zwłaszcza jeśli się ich słuchało, opierając się niemal o inne renesansowe arcydzieło, czyli nagrobek rodziny Jordanów.

Nie potrafię pisać o muzyce, wolę kiedy ona tłumaczy się sama. Dlatego poniżej, specjalnie dla Was, całość koncertu Dinastia Borgia zarejestrowanego w 2010 roku w opactwie Fontfroide w Narbonie, jeszcze z udziałem nieodżałowanej Montserrat...






PS Jak widać powyżej, niektórzy potrafią dbać o swoje prawa autorskie bez pomocy ACTA. Zostawiam jednak ten ekran na wieczną rzeczy pamiątkę :)

sobota, 14 stycznia 2012

Patrz pod nogi


W ubiegłym tygodniu Muzeodajnia wybrała się na studyjną wyprawę za zachodnią granicę. 70 muzealników szturmowało Berlin od strony kulturalnej, próbując w ciągu niecałych dwóch dób zobaczyć wszystko, w tym co najmniej 4 muzea od środka. Niezwykle interesujące doświadczenie, którego nie potrafiła zepsuć nawet para niekompetentnych pilotów renomowanego biura podróży oraz miejscami huraganowy wiaterek. Nie od dziś wiadomo, że muzealnik to zwierzę radzące sobie w najtrudniejszych warunkach.

Niemiecka stolica to miasto, które ściąga wzrok turysty w górę. A to wieża telewizyjna stercząca po stronie wschodniej, a to kolumna ze złotym aniołem po stronie zupełnie przeciwnej. W Bramie Brandenburskiej, która w końcu jest szersza niż wyższa, akcentem skupiającym uwagę jest stojąca na górze kwadryga, powożona przez boginię, której dawni berlińczycy kazali się ubrać, żeby gołym tyłkiem nie gorszyła przybywających do miasta gości (co ciekawe, dziś ten zgrabny tyłek pewnie chętnie oglądaliby uczestnicy Parady Równości, odbywającej się właśnie po owej tyłkowej stronie bramy). A współczesna szklana architektura rozrasta się we wszystkich kierunkach, ale również z wyraźną inklinacją ku górze. To zaledwie kilka, za to znaczących przykładów.

Zatem wydawałoby się, że zwiedzanie Berlina w deszczu nie ma większego sensu. A tu niespodzianka. Kiedy się chodzi z nosem przy ziemi, można poznać takie miejsca, które w normalnym trybie zwiedzania są niemal niemożliwe do zauważenia. Ot, na ten przykład można się przejść po murze którego nie ma, nawet tego nie zauważając.

Nocą na murze pod Reichstagiem






 Ale nie o murze, którego nie ma, a jest, chciałam mówić. Jest w Berlinie pomnik niezwykły, choć przypominający wydarzenia haniebne, który nie jest widoczny w krajobrazie miasta. Trzeba dopiero stanąć nad nim, żeby go zobaczyć. Na pustym, brukowanym placu Forum Fridericianum, między (remontowaną właśnie) operą, dawną biblioteką (dziś uniwersytet) i katolicką katedrą św. Jadwigi kwadratowa tafla grubego szkła nakrywa ukryte w ziemi niewielkie, białe pomieszczenie z pustymi regałami na książki. Podobno zmieściłoby się tutaj dokładnie tyle woluminów, ile ich spalono w tym miejscu 10 maja 1933 roku.

Pusta Biblioteka...
Na wielkim stosie, rozpalonym tutaj przez niemieckich narodowych socjalistów zaledwie kilka miesięcy po dojściu Hitlera do władzy, płonęły dzieła żydowskich i „nieprawomyślnych” autorów, takich jak Albert Einstein, Ernest Hemingway, Thomas Mann, Jack London, Bertold Brecht czy Heinrich Heine. Ten ostatni w napisanym w 1821 roku dramacie Almansor zawarł takie zdanie: „To był tylko przedtakt; tam gdzie pali się książki, na końcu także ludzi palić będą”. Te prorocze słowa, choć oryginalnie mówiące o barbarzyńskim paleniu Koranu przez chrześcijańskich rycerzy w Hiszpanii, zostały wyryte na pamiątkowej tablicy umieszczonej nieopodal, jako wywołujące niepokój memento.  Niepokój, bo skoro historia powtórzyła się już po raz kolejny, to skąd pewność, że barbarzyńcy znów nie stoją u bram?


Ten niezwykły pomnik Michy Ullmana, odsłonięty w 1995 roku, pojawia się już w przewodnikach po Berlinie, choć znaleźć go niełatwo. Dopełnieniem jego oszczędnej formy jest znajdujący się nieopodal Bramy Brandenburskiej rozległy Pomnik Pomordowanych Żydów Europy. Zestawienie tych dwóch form to ostrzeżenie, że wielkie zło ma często niepozorne korzenie...

Są rzeczy, które lepiej widać w ciemności. Pusta Biblioteka nocą

piątek, 13 stycznia 2012

Chciwość


Przykro zaczynać rok postem narzekającym, ale trudno. Niedawno zachęcałam Was do odwiedzenia Tyńca, a zwłaszcza zobaczenia pokazu układania ikebany. Cóż, dziś przychodzi mi to odwołać. Na stronie pojawiła się informacja, że od stycznia wstęp na pokazy będzie płatny, a bilety do nabycia w Benedyktyńskim Instytucie Kultury. Pokazy, nie warsztaty, a zatem nie ma tu mowy o kosztach materiałów, rzecz dzieje się w zabudowaniach klasztoru, więc odpada wynajem sali, „wykładowcą” jest benedyktyn, zatem również „bezkosztowy” dla Instytutu. Za co zatem opłata? Za wykład teologii? To tak, jakby pobierać opłaty za wstęp na rekolekcje w kościele...

Nie wiem, kto to wymyślił, benedyktyni czy Instytut, ale niesmak pozostaje ogromny...

Dopowiedzenie: benedyktyni już pobierają opłaty za głoszenie nauk rekolekcyjnych (plus oczywiście za poczęstunek, zwiedzanie opactwa i inne dobra). Dowód tutaj. No to czekamy na oficjalny cennik wstępu na nieszpory i eucharystię...

piątek, 30 grudnia 2011

Zamiast podsumowań



Proszę zatem uprzejmych Czytelników o rozsądne marzenia, żeby nie trzeba było w przyszłym roku tworzyć dramatycznych podsumowań rzeczywistości! No i pamiętajcie, że w poniedziałek trzeba wrócić do pracy...

Nieźle mi wychodzi psucie szampańskiego nastroju, prawda? :)